
W latach okupacji niemieckiej w Łodzi funkcjonował jeden z najbardziej przerażających obozów w całej okupowanej Europie. Cierpieli tam wyłącznie najmłodsi, pozbawieni opieki dorosłych, zdani na łaskę bezwzględnych oprawców.
Samotność za drutami
W większości miejsc kaźni podczas II wojny światowej dzieci miały przy sobie dorosłych. W Auschwitz-Birkenau przebywali lekarze, duchowni, wykształceni więźniowie, którzy potrafili nieść pociechę i dawać nadzieję nawet w najbardziej beznadziejnych okolicznościach. Było się za kim skryć, było kogo prosić o opowieść przed snem, o słowo otuchy w chwilach grozy.
Łódzki obóz dla dzieci stanowił pod tym względem absolutny wyjątek. Jedynymi dorosłymi, z jakimi mali więźniowie mieli codzienny kontakt, byli niemieccy strażnicy. Ludzie pozbawieni skrupułów, dla których cierpienie kilkulatków nie stanowiło żadnego problemu moralnego. Ta izolacja od bliskich i opiekuńczych dorosłych czyniła pobyt w obozie szczególnie traumatycznym doświadczeniem.
Paradoksalnie kierownictwo obozu formalnie zezwalało na odwiedziny matek. W praktyce jednak większość z nich już nie żyła lub przebywała w innych obozach koncentracyjnych.
Te nieliczne kobiety, którym udało się przedrzeć przez biurokratyczne bariery, przeżywały spotkania jako dodatkową torturę. Nie wolno im było zbliżyć się do własnych dzieci, mogły jedynie patrzeć z dystansu, upewniając się, że ich pociechy jeszcze żyją.
Zbrodnia ukryta za biurokracją
Mechanizm kierowania dzieci do obozu przy Przemysłowej stanowił kwintesencję niemieckiej administracyjnej bezduszności. Decyzje podejmowała policja bez żadnej możliwości odwołania, bez określenia czasu uwięzienia, bez jakichkolwiek standardów prawnych. Wystarczyło znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, by trafić za druty jako kilkulatek.
Lista przewinień, za które można było zostać osadzonym, szokuje swoją błahością. Jazda tramwajem bez biletu, próba zdobycia dodatkowego jedzenia, drobna kradzież motywowana głodem – każde z tych zachowań mogło skutkować skierowaniem do obozu.
Z czasem miejsce to stało się również narzędziem represji wobec rodzin, które odmówiły wpisania się na volkslistę. Dzieci karało się za postawy patriotyczne ich rodziców.
Szczególnie poruszające są zachowane uzasadnienia administracyjne. W aktach znajdziemy wpisy o dzieciach, których ojcowie pracowali przymusowo w Rzeszy, a matki przebywały w Auschwitz. Uznawano, że takim malcom grozi zaniedbanie, więc najlepszym rozwiązaniem będzie umieszczenie ich w obozie. Trafiały tam również dzieci niepełnosprawne, określane w dokumentach jako trudne do wychowania.
Praca ponad siły i głód
Codzienność małych więźniów wypełniała wyniszczająca praca fizyczna. Przez dwanaście godzin dziennie dzieci naprawiały buty, plecaki i mundury dla niemieckich żołnierzy walczących na frontach. Prostowały igły tkackie, wyplatały słomiane obuwie do chodzenia po śniegu. Normy ustalone przez oprawców systematycznie przekraczały możliwości wycieńczonych organizmów.
Najbardziej przerażającym zajęciem było tak zwane wałowanie. Kilku chłopców musiało ciągnąć ciężki walec i wyrównywać nim teren obozu. Pracę tę wykonywano niezależnie od warunków atmosferycznych, często przy siarczystym mrozie. Strażnicy pilnujący robót nie szczędzili uderzeń tym, którzy według nich pracowali zbyt wolno lub zbyt słabo.
Racje żywnościowe były głodowe nawet jak na standardy okupacyjne. Rano i wieczorem dzieci otrzymywały kromkę chleba z kubkiem czarnej kawy. Obiad składał się z zupy gotowanej najczęściej z liści brukwi lub buraków.
Ci, którzy nie wyrabiali norm produkcyjnych, karani byli pozbawieniem i tego skromnego posiłku. Powstawało w ten sposób błędne koło niemożliwe do przerwania. Osłabione głodem dzieci pracowały coraz gorzej, za co odbierano im jedzenie, co prowadziło do dalszego osłabienia i w końcu do śmierci.
Dzieciństwo za drutami
Śmiertelność w obozie przy Przemysłowej osiągała zatrważające rozmiary. Lekarz wzywany z pobliskiego getta zeznawał po wojnie, że tygodniowo umierało jedno lub dwoje dzieci. Zachowało się siedemdziesiąt sześć aktów zgonu, lecz historycy są zgodni, że rzeczywista liczba ofiar była znacznie wyższa.
Losy poszczególnych dzieci ukazują pełnię tragedii tego miejsca. Dziewięcioletni Jureczek Rutkowski, wnuk wybitnego lekarza i społecznika z Płońska, trafił za druty fałszywie oskarżony o podpalenie starej stodoły. Spędził w obozie dwa miesiące, które musiały wydawać mu się wiecznością. Jego dziadek Leon Rutkowski był postacią znaną i szanowaną, członkiem tajnych organizacji patriotycznych, lecz nawet to nie mogło uchronić wnuka przed nazistowską machiną terroru.
