
Późnym wieczorem 15 lipca 1410 roku do namiotu króla Władysława Jagiełły wszedł rycerz Mszczuj ze Skrzynna. W dłoni trzymał złoty pektorał z relikwiami – dowód, że wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego nie żyje. Bitwa pod Grunwaldem dobiegła końca, ale okoliczności śmierci Ulricha von Jungingena pozostają zagadką do dziś.
Człowiek, którego brat nazwał głupcem
Zakon Krzyżacki w pierwszej dekadzie XV wieku znajdował się u szczytu potęgi. Kontrolował rozległe terytoria nad Bałtykiem, dysponował jedną z najlepszych armii w Europie i bogactwem przewyższającym niejednego monarchę. Na czele tego mocarstwa stanął w 1407 roku człowiek, przed którym ostrzegał własny brat.
Konrad von Jungingen, poprzedni wielki mistrz, doskonale znał temperament młodszego brata. Sam był politykiem ostrożnym, cierpliwym negocjatorem, który przez lata swojego panowania utrzymywał kruchy pokój z Polską. Ulrich był jego przeciwieństwem – porywczy, dumny, skory do działania tam, gdzie Konrad wolałby czekać. Na łożu śmierci starszy Jungingen nie przebierał w słowach. Nazwał brata wprost „głupcem” i błagał kapitułę, by nie powierzała mu władzy.
Ostrzeżenie zostało zignorowane. W czerwcu 1407 roku, zaledwie trzy miesiące po śmierci Konrada, kapituła wybrała Ulricha na 25. wielkiego mistrza Zakonu. Rycerze cenili jego wojskową energię i zdecydowanie. Nie wiedzieli, że właśnie wybrali człowieka, który doprowadzi Zakon do największej katastrofy w jego historii.
Droga do wojny totalnej
Konflikt polsko-krzyżacki tlił się od dekad, ale za panowania Konrada udawało się gasić kolejne ogniska napięć. Ulrich von Jungingen miał inne podejście. Zamiast dyplomacji wybrał prewencję zbrojną. Gdy napięcie z Polską wzrosło w 1409 roku po sporze o Żmudź, nowy wielki mistrz nie czekał na rozwój wydarzeń.
Latem 1409 roku armia krzyżacka uderzyła na ziemię dobrzyńską. Był to akt wojny wyprzedzającej – Ulrich liczył, że zaskoczy Polaków i zmusi ich do niekorzystnego pokoju. Początkowo plan się powiódł. Krzyżacy zajęli sporny region, a jesienią wymusiły rozejm. Wielki mistrz był przekonany, że pokazał siłę i że Polska ustąpi.
Rzeczywistość okazała się inna. Władysław Jagiełło wykorzystał miesiące rozejmu na przygotowanie wielkiej kampanii. W czerwcu 1410 roku, gdy wznowiono działania wojenne, połączone siły polsko-litewskie wykonały manewr, którego Ulrich się nie spodziewał. Zamiast bronić się na własnym terytorium, wkroczyły w głąb państwa zakonnego. Cel był jasny – zniszczyć główne siły Zakonu w jednej, decydującej bitwie.
Ostatni dzień wielkiego mistrza
Ranek 15 lipca 1410 roku zastał obie armie gotowe do walki na polach między wsiami Grunwald, Stębark i Łodwigowo. Ulrich von Jungingen dowodził osobiście około 20 tysiącami zbrojnych – elitą rycerstwa zakonnego wspartą przez najemników i gości z całej Europy. Po drugiej stronie stanęło wojsko polsko-litewskie, liczniejsze, ale teoretycznie gorzej wyszkolone.
Wielki mistrz był pewny zwycięstwa. Według relacji świadków, przed bitwą wysłał do Jagiełły dwa nagie miecze z prowokacyjnym przesłaniem, że skoro król zwleka z rozpoczęciem walki, Zakon oferuje mu broń. Była to obraza obliczona na sprowokowanie Polaków do ataku na niekorzystnej pozycji.
Plan się nie powiódł. Bitwa trwała kilka godzin i przebiegała z zmiennym szczęściem. W kulminacyjnym momencie, gdy wydawało się, że Krzyżacy przełamują polski środek, Ulrich poprowadził ostatni, desperacki szarż swojej kawalerii. Tu urywają się pewne informacje. Wiemy tylko, że wielki mistrz zginął w tym starciu, prawdopodobnie od dwóch ciosów – jednego w czoło, drugiego w pierś.
Zagadka złotego pektorału
Śmierć Ulricha von Jungingena pozostała nieznana przez wiele godzin. Dopiero późnym wieczorem do królewskiego namiotu przybył wspomniany Mszczuj ze Skrzynna. Małopolski rycerz przyniósł niezwykły dowód – złoty pektorał z relikwiami, który jego sługa Jurga zdarł z ciała zabitego dostojnika.
Czy to Mszczuj zabił wielkiego mistrza? Historycy, w tym wybitny historyk Andrzej Nadolski, uważają to za prawdopodobne. Relacja Jana Długosza, choć pisana dekady później, jest w tym punkcie precyzyjna. Mszczuj nie tylko wiedział o śmierci Ulricha, ale dysponował jego osobistą oznaką – czymś, co mógł zdobyć tylko ten, kto był przy ciele w chwili śmierci lub tuż po niej.
Problem w tym, że średniowieczne bitwy były chaotyczne. W zgiełku walki, wśród kurzu i krzyków, trudno było rozpoznać przeciwnika, nawet jeśli nosił charakterystyczną zbroję. Możliwe, że Mszczuj czy jego sługa zadali śmiertelny cios, nie wiedząc nawet, kogo zabijają. Dopiero później, gdy zdjęli hełm z poległego, odkryli tożsamość ofiary.
Epilog porywczego władcy
Śmierć Ulricha von Jungingena przypieczętowała klęskę Zakonu pod Grunwaldem. Gdy wieść o jego śmierci rozeszła się po polu bitwy, opór krzyżacki załamał się. Z najwyższych dostojników Zakonu przeżyło zaledwie kilku. Państwo zakonne, choć nie zostało zniszczone, nigdy już nie odzyskało dawnej potęgi.
Paradoks historii polega na tym, że Konrad von Jungingen miał rację. Jego brat rzeczywiście okazał się „głupcem” – nie w sensie braku inteligencji, ale braku roztropności. Porywczość i pycha Ulricha doprowadziły do wojny, której można było uniknąć, i do bitwy, którą można było wygrać.
Ciało wielkiego mistrza odnaleziono dopiero następnego dnia. Według kronikarzy zakonu, rozpoznano go po charakterystycznej bliźnie. Pochowano go w krypcie katedry w Kwidzynie, gdzie spoczywali jego poprzednicy. Złoty pektorał, jedyny pewny ślad po tym, jak zginął jeden z najpotężniejszych ludzi ówczesnej Europy, zaginął w odmętach historii.
Wybrana bibliografia
-Kuczyński S. M., O miejscu zgonu wielkiego mistrza i kilku sprawach innych, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, nr 3 (1997).
-Nadolski A., Grunwaldzkie i pogrunwaldzkie losy Mistrza Ulryka [w:] Kultura średniowieczna i staropolska. Studia ofiarowane Aleksandrowi Gieysztorowi w pięćdziesięciolecie pracy naukowej, Warszawa 1991.
