Krzemieniec 1920. Zwycięstwo, które przerodziło się w pułapkę

Kiedy w lipcu 1920 roku bolszewicka kawaleria Budionnego pędziła przez Wołyń, niewielkie miasto Krzemieniec stało się areną jednego z najbardziej dramatycznych epizodów wojny polsko-bolszewickiej. Polacy zdołali tam zaskoczyć śpiącego wroga i rozbić jego oddziały w panice, by ostatecznie sami wpaść w pułapkę, z której nie wszyscy wyszli żywi.

Miasto zamienione w twierdzę

W nocy z 8 na 9 lipca 1920 roku żołnierze 40 pułku piechoty weszli do Krzemieńca i natychmiast zabrali się do roboty. Ulice zabarykadowano, stanowiska otoczono zasiekami z drutu kolczastego. Miasto leżące wśród wzgórz dawało naturalne możliwości obrony, ale dowództwo nie zamierzało zdawać się na łaskę terenu.

Z kilku kierunków nadciągały bolszewickie jednostki – 45 Dywizja Strzelców i słynna Brygada Kawalerii Kotowskiego. Ta ostatnia formacja budziła szczególny respekt, bo jej dowódca Grigorij Kotowski słynął z brawury graniczącej z szaleństwem. Polacy dysponowali około tysiącem bagnetów i czterema bateriami artylerii. Matematyka nie wyglądała optymistycznie.

Przez dwa dni ściągały posiłki. Nad ranem 11 lipca do Krzemieńca dotarł batalion podhalańczyków i oddziały 18 Dywizji Piechoty pod dowództwem generała Franciszka Krajowskiego. Całe zgrupowanie rozciągnęło się od Szepetyna przez Białokrynicę aż po samo miasto. Tabory zostawiono daleko na tyłach, w rejonie Radziwiłłów.

Popołudniowe przebudzenie

Spokojny poranek 11 lipca był tylko ciszą przed burzą. Po południu Sowieci uderzyli na południowo-wschodni kraniec polskich pozycji. Brygada Kotowskiego i 135 Brygada Strzelców parły naprzód z impetem, który wypchnął 40 pułk piechoty z miasta. Krzemieniec przez kilka godzin znajdował się w bolszewickich rękach.

Dopiero wieczorny kontratak, prowadzony wspólnie przez żołnierzy 40 pułku i podhalańczyków, odwrócił sytuację. Około 11 w nocy Polacy odzyskali utracone pozycje. W tym samym czasie pod Wesołówką rosyjska piechota wsparta artylerią próbowała przełamać linie 42 pułku piechoty. Bez skutku.

Tego wieczoru generał Krajowski otrzymał pod swoją komendę dodatkowe zgrupowania. Nie zamierzał jednak czekać na kolejne uderzenie przeciwnika. Postanowił sam przejąć inicjatywę.

Czytaj również:  Reformy gospodarcze Rakowskiego, czyli inflacja, kolejki i puste sklepy

Śpiący wróg

Plan był prosty – uderzyć o świcie na prawe skrzydło 45 Dywizji Strzelców. Pięć baterii miało zapewnić wsparcie ogniowe. 12 lipca, gdy jeszcze ciemność zalegała nad polami pod Nowosiółkami, 42 pułk piechoty ruszył do ataku.

To, co zastali, przeszło najśmielsze oczekiwania. Trzy bolszewickie pułki strzelców – 403, 404 i 405 – nocowały bez jakiegokolwiek ubezpieczenia. Szykowały się do własnego natarcia na Krzemieniec, więc nikt nie przewidywał, że role się odwrócą. Pierwszy batalion kapitana Zagórskiego wpadł na tabory ciągnące za piechotą pod eskortą kozaków i rozbił je w pył.

Pozostałe bataliony uderzyły na tyły rosyjskich odwodów. Efekt przypominał lawinę – żołnierze 136 Brygady Strzelców uciekali w panice na północny zachód, zostawiając na polu bitwy około stu dwudziestu zabitych, mnóstwo rannych, tabory i sprzęt. Polacy praktycznie nie mieli strat.

Koniec Kotowskiego

Zwycięstwo pod Nowosiółkami otworzyło drogę do kolejnego sukcesu. Podpułkownik Szylling poprowadził 44 pułk piechoty na południe, by połączyć się z macierzystą 13 Dywizją. Pod Młynowcami napotkał Brygadę Kotowskiego – tę samą, która dwa dni wcześniej zdobyła Krzemieniec.

Tym razem role były odwrócone. Polska piechota zmusiła kawalerię do odwrotu, a dzień później, 13 lipca pod Horynką, rozbiła ją doszczętnie. Zdobyto cały tabor, siedem armat i większość broni maszynowej. Uwolniono też polskich jeńców, których Kotowski zdążył wcześniej wziąć do niewoli. Legenda niepokonanej brygady legła w gruzach.

Przez kilka następnych dni front pod Krzemieńcem zamarł. Sowieci próbowali jeszcze 16 lipca przełamać polskie pozycje, atakując przez cały dzień linię 40 pułku piechoty i Białokrynicę. Odwodowe kompanie za każdym razem odpierały natarcie. Wydawało się, że sytuacja jest opanowana.

Zbyt długa obrona

21 lipca sytuacja strategiczna zmieniła się diametralnie. Oddziały na sąsiednich odcinkach wycofały się, a generał Szymański otrzymał rozkaz odejścia osiemnaście kilometrów na południowy wschód od Brodów. Postanowił jednak bronić Krzemieńca do wieczora.

Czytaj również:  Operacja Łom. Polska dywersja przed wybuchem II wojny światowej

Ta decyzja okazała się katastrofalna. Około piątej po południu bolszewicka kawaleria zaczęła wychodzić na tyły 105 pułku piechoty. Trzy godziny później generał wydał rozkaz opuszczenia stanowisk, ale było już za późno na uporządkowany odwrót. Pułk, który przez dziesięć dni skutecznie bronił swojego odcinka, stracił podczas wycofywania siedemdziesiąt pięć procent stanu osobowego.

Krzemieniec pokazał całą niejednoznaczność wojny – spektakularne zwycięstwa i tragiczne błędy dzieli czasem kilka dni oraz jeden niefortunny rozkaz.

O autorze: przez wieki

(Visited 884 times, 1 visits today)