Bitwa pod Rajgrodem. Jak Polacy rozbili elitę armii cara?

Dwa tysiące rosyjskich żołnierzy w ciągu kilku godzin zniknęło z pola walki – część zabitych, reszta w polskiej niewoli. Straty polskie? Wielokrotnie mniejsze, jak lakonicznie odnotowali kronikarze. Bitwa pod Rajgrodem z 29 maja 1831 roku należy do tych starć powstania listopadowego, o których rzadko się mówi, a które zadecydowały o losach całej kampanii litewskiej.

Gwardziści uciekają, bagaże zostają

Kilka dni wcześniej polskie oddziały przeprowadziły zuchwałą wyprawę na rosyjskie gwardie cesarskie – elitarne pułki przyboczne cara, które mieszkańcy Petersburga nazywali „paniczami”. Ci żołnierze mieli triumfalnie wkroczyć do zdobytej Warszawy. Zamiast tego uciekali w popłochu, zostawiając za sobą wozy pełne łupów i kosztowności. Polscy żołnierze zagarnęli te zdobycze z entuzjazmem, który wkrótce miał się zemścić.

Korpus generała Antoniego Giełguda ciągnął za sobą karawanę powozów, furgonów i markietanów. Nawet kapitanowie piechoty posiadali własne pojazdy. Generał Dembiński, weteran kampanii moskiewskiej 1812 roku, kręcił głową z niedowierzaniem. Twierdził, że nigdy nie widział wojska tak obciążonego bagażami. Jego uwagi trafiały w próżnię – Giełgud wydał rozkaz spalenia zbędnych wozów dopiero pięć tygodni później.

Ta niezdarność kontrastowała z tym, co działo się pod Ostrołęką 26 maja. Tam obie armie straciły po kilka tysięcy ludzi w krwawej jatce. Polacy stracili ponad sześć tysięcy żołnierzy z najlepszych pułków. Nocna rada wojenna zakończyła się decyzją o odwrocie do Warszawy. Co jednak zrobić z dywizją Giełguda stacjonującą w Łomży?

Decyzja, która zmieniła wszystko

Kwatermistrz generalny ostrzegał wprost – wysłanie Giełguda na Litwę to klęska tej dywizji. Dembiński przekonywał odwrotnie: znaczący korpus wojska polskiego może rozstrzygnąć losy powstania na ziemiach zabranych. Skrzynecki podjął ryzykowną decyzję i kazał Dembińskiemu osobiście zawieźć rozkazy.

Dembiński ruszył nocą z dwoma szwadronami poznańskich ułanów. Musiał przejechać skrajem pobojowiska pod Ostrołęką, gdzie chłopi zbierali broń przy bladym świetle rozproszonych ognisk. Nie wiedział jeszcze, że feldmarszałek Dybicz już się wycofał. Rankiem dotarł do Nowogrodu, gdzie ułani musieli zbudować prowizoryczny most przez rzekę Pissę.

Czytaj również:  Charles Dilke. Polityk, którego zniszczył skandal obyczajowy

Spotkanie Dembińskiego z Giełgudem między Łomżą a Nowogrodem przebiegło w napięciu. Dembiński wcześniej pokłócił się z kilkoma wyższymi oficerami. Teraz jednak wszyscy uścisnęli sobie dłonie. Zdawali sobie sprawę, że czeka ich wyprawa, z której niewielu może wrócić. Dwa tysiące kilometrów przez wrogie terytorium, bez możliwości posiłków, z bagażami spowalniającymi każdy marsz.

Pułapka między jeziorami

Generał Dymitr Osten-Sacken nie był byle jakim przeciwnikiem. Zajął pozycję pod Rajgrodem, którą współcześni nazywali „szyją województwa augustowskiego”. Między Jeziorem Rajgrodzkim a jeziorem Dręstwo biegła rzeka Jegrznia wijąca się przez bagna. Sacken kazał wbić ostrokół w brody, zburzyć mostki i obsadzić przeprawy. Nawet kilkukrotnie silniejszy przeciwnik mógł tu utknąć na tygodnie.

Rosjanin dysponował prawie sześcioma tysiącami żołnierzy i czternastoma działami. Przeciwko niemu stał początkowo tylko pułkownik Sierakowski z osiemnastoma setkami ludzi, który od kilku dni „drażnił” wroga, szukając słabego punktu w obronie. Wzajemne utarczki i podjazdy trwały tydzień. Obie strony poznały się doskonale.

Sierakowski opracował plan godny podręczników taktyki. Chciał wysłać duży oddział przez przeprawę w Woźnejwsi, obejść jezioro Dręstwo i uderzyć na tyły Sackena. Na umówiony sygnał – wystrzał armatni lub wzniecony pożar – nastąpiłby jednoczesny atak z dwóch stron. Sacken, przyparty między jeziorami bez możliwości manewru, musiałby skapitulować. Generał Prądzyński napisał później, że rzadko na wojnie zachodzi tak korzystna sytuacja do całkowitego wyeliminowania przeciwnika.

Wybór generałów

Żaden z pomysłów Sierakowskiego nie został zaakceptowany. Dlaczego doświadczeni dowódcy odrzucili plan, który mógł zakończyć się całkowitym zniszczeniem sił rosyjskich? Prądzyński podał tylko jeden powód – stratę czasu. Manewr okrążający wymagał kilkunastu kilometrów marszu przez lasy i bagna, opanowania przeprawy bronionej przez dwa bataliony piechoty z artylerią, a potem szybkiego przemieszczenia się na tyły wroga.

Istniało też ryzyko, że Sacken zdąży uciec starym traktem wzdłuż granicy pruskiej lub po prostu przekroczy granicę. Prusacy z pewnością przepuściliby jego oddziały. Wymagana koordynacja między kolumnami atakującymi z przeciwnych stron przy ówczesnych środkach łączności graniczyła z cudem. Generałowie wybrali rozwiązanie prostsze – frontalny atak przeważającymi siłami.

Czytaj również:  Joanna Gryzik. Odkrywamy prawdziwą twarz „śląskiego Kopciuszka”

Wieczorem 28 maja pod Grajewem połączyły się wszystkie polskie oddziały. Giełgud miał teraz ponad dwanaście tysięcy bagnetów i szabel oraz dwadzieścia sześć dział. Przewaga nad Sackenem była przytłaczająca. 

Tymczasem Rosjanin otrzymał rozkaz od wielkiego księcia Michała, by posunąć się ku Łomży. Miejscowa ludność zza pruskiej granicy donosiła o wielkiej klęsce Polaków pod Ostrołęką. Sacken połączył te informacje z wycofaniem się Sierakowskiego i doszedł do wniosku, że ma przed sobą tylko słabe siły osłonowe cofającej się armii.

Zaskoczenie, które przesądziło bitwę

O świcie 29 maja Sacken wyprowadził z umocnień trzy i pół batalionu piechoty, cztery szwadrony jazdy i sześć dział. Planował dogonić i rozbić Sierakowskiego. Nie wiedział, że w jego kierunku maszeruje siła dwukrotnie większa od całego jego korpusu.

Straż przednia Dembińskiego – pięć szwadronów jazdy z czterema działami – ruszyła szosą z Grajewa. Pod wsią Miecze, jedenaście kilometrów od Rajgrodu, około ósmej rano polscy jeźdźcy wpadli na kozackie podjazdy. To, co miało być pułapką na Sierakowskiego, zamieniło się w katastrofę dla Rosjan. Kozacy cofali się ku jezioru, wciągając – jak sądzili – słabe siły polskie w zasadzkę. Za pierwszymi szwadronami szły jednak następne, a za nimi ciągnęła piechota i artyleria.

Rosjanie ponieśli duże straty już w pierwszym starciu. Sacken cofnął się pod Rajgród, ale Polacy nie dali mu czasu na przegrupowanie. Zdobyli miasto i zaczęli obchodzić lewe skrzydło rosyjskie. W tej sytuacji pozostała tylko ucieczka na Augustów. Osiemset zabitych i tysiąc dwustu wziętych do niewoli – to był rachunek, jaki zapłacił Sacken za błędną ocenę sytuacji. Straty polskie były wielokrotnie mniejsze.

Droga na Litwę stanęła otworem. Od lutego działała tam już polska partyzantka, która teraz mogła liczyć na wsparcie regularnego wojska. Bitwa pod Rajgrodem nie rozstrzygnęła powstania, ale dała powstańcom coś cenniejszego niż zwycięstwo – dała im nadzieję, że wojna nie jest jeszcze przegrana.

Czytaj również:  Ludwig van Beethoven. Geniusz swoich czasów

O autorze: przez wieki

(Visited 894 times, 1 visits today)