
W maju 1829 roku na Zamku Królewskim w Warszawie rozegrała się scena pełna goryczy. Najwyższy duchowny Królestwa Polskiego stał z koroną w dłoniach, ale nie dane mu było dokonać aktu koronacji. Car Mikołaj I wziął insygnium i sam je sobie nałożył. Jan Paweł Woronicz, prymas i patriota, został sprowadzony do roli niemego świadka rosyjskiej władzy nad Polską.
Poeta wśród polityków
Przyszły prymas przyszedł na świat w 1757 roku gdzieś między Brodowem a Tajkurami na Wołyniu. Jego ojciec Piotr dzierżawił te majątki, co stawiało rodzinę w kategorii średniej szlachty bez większych perspektyw.
Młody Jan Paweł trafił do jezuickiego kolegium w Ostrogu, gdzie nauczyciele szybko dostrzegli w nim coś więcej niż przeciętnego ucznia. Trzynastolatek pisał już sielanki, co w czasach gdy większość rówieśników z trudem opanowywała łacinę, świadczyło o niepospolitym talencie. We wrześniu 1770 roku, mając zaledwie trzynaście lat, wstąpił do zakonu jezuitów.
Trzy lata później świat się zawalił dla Woronicza. Kasata zakonu w 1773 roku zmusiła go do porzucenia obranej drogi i przyjęcia święceń jako ksiądz diecezjalny. Ten przymusowy zwrot okazał się początkiem kariery, jakiej młody prowincjusz nie mógł sobie wyobrazić.
Woronicz zdobył doktorat obojga praw na Akademii Wileńskiej, co otwierało przed nim drzwi zarówno do Kościoła, jak i do świata polityki. W 1784 roku, jeszcze przed otrzymaniem święceń kapłańskich, został proboszczem w Liwie i infułatem. Protekcja biskupa Okęckiego działała cuda.
Podczas Sejmu Czteroletniego pisał mowy dla biskupów Cieciszowskiego i Garnysza, pozostając w cieniu, ale realnie wpływając na debatę publiczną. Kim właściwie był człowiek, który redagował przemówienia innych, a sam milczał? Strategiem rozumiejącym, że w ówczesnej Polsce więcej można osiągnąć piórem niż głosem.
Insurekcja kościuszkowska zastała go jako komisarza Komisji Porządkowej Księstwa Mazowieckiego. Po klęsce powstania i trzecim rozbiorze wycofał się z życia publicznego. W 1800 roku osiadł na probostwie w Kazimierzu Dolnym, gdzie nawiązał bliskie kontakty z rodziną Czartoryskich w pobliskich Puławach. To właśnie księżnej Izabeli zadedykował poemat „Świątynia Sybilli”, uważany za szczyt jego twórczości literackiej.
Zaradny biskup
Utworzenie Księstwa Warszawskiego w 1807 roku wyrwało Woronicza z prowincjonalnego zacisza. Został radcą stanu, potem członkiem Sekcji Spraw Wewnętrznych i Obrządków Religijnych. Przystąpił do Konfederacji Generalnej Królestwa Polskiego w 1812 roku, wiążąc nadzieje z kampanią napoleońską. Po upadku cesarza Francuzów nowy hegemon, car Aleksander I, dostrzegł w nim człowieka użytecznego. W 1815 roku Woronicz otrzymał biskupstwo krakowskie i fotel senatora.
Kraków stał się sceną jego największych ambicji. Pałac biskupi przekształcił w coś na kształt „świątyni narodowej pamięci”. Organizował obiady czwartkowe wzorowane na słynnych spotkaniach u króla Stanisława Augusta, urządzał amatorskie spektakle teatralne.
W 1817 roku założył Towarzystwo Przyjaciół Muzyki, pierwszą krakowską filharmonię. Reformował seminaria w Krakowie i Kielcach, zakładał szkoły elementarne, pełnił funkcję Wielkiego Kanclerza Akademii Krakowskiej. Kościelna administracja spleciona z mecenatem kulturalnym tworzyła bastiony polskości w czasach, gdy samo słowo „Polska” oficjalnie nie istniało.
Strażnik grobów bohaterów narodowych
Wawel za czasów Woronicza stał się miejscem pielgrzymek patriotycznych. To on przyjmował zwłoki księcia Józefa Poniatowskiego w 1813 roku, a pięć lat później ciało Tadeusza Kościuszki. Dwa pogrzeby, dwie manifestacje, których władze zaborców nie mogły zakazać, bo odbywały się pod przykrywką ceremonii kościelnych. Biskupa krakowskiego trudno było posądzić o działalność wywrotową, gdy po prostu wypełniał obowiązki duszpasterskie wobec zmarłych.
Granice jego diecezji zmieniały się jak w kalejdoskopie. Bulla papieska z 1818 roku zlikwidowała biskupstwo kieleckie, przyłączając siedem dekanatów do Krakowa. Trzy lata później południowe tereny zabrała nowa diecezja tyniecka, przeniesiona potem do Tarnowa.
Woronicz zarządzał bezpośrednio tylko trzema dekanatami poza Krakowem: czernichowskim, nowogórskim i bolechowickim. Reszta to polityczne układanki mocarstw, na które nie miał wpływu.
Prymas bez korony
Nominacja na arcybiskupa metropolitę warszawskiego i prymasa Królestwa Polskiego w 1828 roku wydawała się ukoronowaniem kariery. Rok później nadeszła próba, która obnażyła całą gorycz jego pozycji. Koronacja Mikołaja I miała legitymizować rosyjskie panowanie nad Kongresówką przez ręce najwyższego polskiego hierarchy.
Car jednak nie zamierzał przyjmować korony od nikogo. Gest samodzielnego nałożenia insygnium mówił więcej niż tysiąc słów: władza pochodzi ode mnie samego, nie od polskiego Kościoła ani narodu.
Woronicz uczestniczył jeszcze w pracach Sądu Sejmowego, który miał osądzić osoby oskarżone o zdradę stanu. Zimą 1829 roku wyjechał do Wiednia. Tam, nocą z 6 na 7 grudnia, zakończył życie. Zgodnie z własnym życzeniem spoczął na Wawelu, w kaplicy biskupa Grota. Jego pogrzeb ze stycznia 1830 roku przerodził się w wielką manifestację patriotyczną. Kilka miesięcy później wybuchło powstanie listopadowe.
Porównywany współcześnie do Piotra Skargi jako kaznodzieja i mówca, Woronicz pozostawił po sobie nie tylko utwory literackie i mowy. Zostawił wzorzec działania w warunkach, gdy otwarty opór był niemożliwy. Budował instytucje, pielęgnował pamięć, łączył ludzi wokół kultury. Czy to wystarczyło? Historia pokazała, że niepodległość wymagała również krwi. Ale fundamenty, na których stanęli powstańcy, ktoś musiał wcześniej położyć.
