
Gdy w latach trzydziestych XX wieku amerykańscy milionerzy dekorowali swoje rezydencje klasycznymi portretami i pejzażami, Solomon Guggenheim wieszał abstrakcyjne kompozycje w apartamentach hotelowych i wpuszczał do nich obcych ludzi. Ten ekscentryczny gest zapoczątkował jedną z najważniejszych kolekcji sztuki nowoczesnej na świecie.
Od kopalni srebra do galerii sztuki
Historia Solomona Guggenheima mogłaby stanowić podręcznikowy przykład amerykańskiego snu, gdyby nie fakt, że sen ten zaczął się w Szwajcarii. Jego ojciec Meyer przybył do Stanów jako imigrant i handlował hafciarskimi wyrobami, zanim w 1879 roku zainwestował w kopalnię ołowiu i srebra w Leadville w Kolorado.
Ta decyzja zmieniła losy całej rodziny. W ciągu kilkunastu lat Guggenheimowie zbudowali imperium górnicze obejmujące złoto, miedź i ołów na trzech kontynentach.
Solomon po ukończeniu szkół w Filadelfii wyjechał do Zurychu studiować język niemiecki i biznes. Wrócił do Ameryki jako sprawny menedżer i szybko udowodnił swoje umiejętności.
W 1891 roku uratował od bankructwa meksykańską hutę, a piętnaście lat później założył Yukon Gold Company na Alasce. Czemu więc człowiek zarządzający kopalniami na dwóch półkulach nagle zainteresował się malarstwem abstrakcyjnym?
Bunt przeciwko dobrym radom
Odpowiedź tkwi w charakterze Guggenheima. Zaczął kupować obrazy już w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, ale prawdziwy przełom nastąpił po pierwszej wojnie światowej, gdy przeszedł na emeryturę.
Wtedy poznał bowiem niemiecką artystkę baronową Hillę von Rebay, która wprowadziła go w świat sztuki niefiguratywnej. Reakcja otoczenia była jednoznaczna: wszyscy twierdzili, że te nowoczesne dziwactwa to kompletne bzdury.
Guggenheim zareagował dokładnie odwrotnie niż oczekiwano. Skoro tyle osób zgodnie potępiało sztukę abstrakcyjną, musiało w niej być coś wartościowego. Ta przekorna logika doprowadziła go do głębokiego emocjonalnego związku z dziełami, które zaczął gromadzić. Nie chciał ich zamykać w magazynach ani wieszać wyłącznie dla własnej przyjemności. Pragnął z nimi żyć i pozwolić na to samo innym.
Hotel Plaza jako galeria sztuki
Od wczesnych lat trzydziestych apartamenty Guggenheimów w nowojorskim hotelu Plaza stały się nieformalnym muzeum. Ściany sypialni zdobiły płótna Kandinsky’ego, a każdy zainteresowany mógł umówić się na wizytę i oglądać kolekcję. Wyobraźmy sobie konsternację hotelowego personelu, gdy przez korytarz przewijali się miłośnicy sztuki zmierzający do prywatnych pokoi miliardera.
Podobny los spotkał wiejską posiadłość Trilora Court na Long Island. Guggenheim nie traktował swoich nabytków jako inwestycji ani statusowych ozdób. Traktował je jako towarzyszy życia codziennego.
W 1936 roku zorganizował pierwszą muzealną prezentację kolekcji w Charleston w Południowej Karolinie, niedaleko swojego łowieckiego domku. Rok później założył fundację swojego imienia, powierzając Rebay stanowisko kuratora i dyrektora.
Świątynia abstrakcji
Muzeum Sztuki Niefiguratywnej otworzyło się w 1939 roku przy 54. ulicy w Nowym Jorku. Nie przypominało żadnej znanej galerii.
Ściany pokrywał plisowany welur, podłogi wyścielały dywany, w powietrzu unosił się zapach kadzidła, a z głośników płynęła muzyka Bacha i Beethovena. Guggenheim i Rebay stworzyli przestrzeń do duchowej kontemplacji, nie zwykłą salę wystawową.
Rosnąca popularność muzeum skłoniła ich do jeszcze śmielszych planów. Zamówili projekt u Franka Lloyda Wrighta, który zaproponował słynną spiralną konstrukcję.
Budynek miał stanąć przy Piątej Alei, zaledwie kilka przecznic od konserwatywnej kolekcji Fricka i Metropolitan Museum. Kontrast był zamierzony. Wright zaprojektował ikonę modernizmu, ale Guggenheim nie doczekał jej otwarcia. Zmarł w 1949 roku, dziesięć lat przed inauguracją. Nigdy jednak nie żałował, jak sam mówił, swojej intuicyjnej decyzji ani wielkiej wiary w sztukę niefiguratywną.
