
Generał z siedmioma tysiącami niedoświadczonych rekrutów stanął przed dylematem – Poznań był poza zasięgiem, a pruski pułkownik słynący z brutalności zagrażał jedynej linii łączącej powstańców z Warszawą. Dąbrowski wybrał pozorowany atak i nocną zasadzkę. Ta decyzja zmieniła układ sił w Wielkopolsce na kilka kluczowych tygodni.
Gra pozorów przed bitwą
Pod koniec września 1794 roku polski korpus dotarł do Gniezna. Dąbrowski doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń swoich sił – większość stanowili świeżo zwerbowani ochotnicy bez doświadczenia bojowego. Zamiast ryzykować frontalny atak na dobrze broniony Poznań, postawił na podstęp.
Dwa szwadrony kawalerii majora Bielamowskiego ruszyły demonstracyjnie w kierunku stolicy Wielkopolski. Pruskie dowództwo połknęło przynętę i skupiło uwagę na obronie miasta. Tymczasem prawdziwym celem był pułkownik Székely stacjonujący w Inowrocławiu ze swoim batalionem fizylierów i trzema szwadronami huzarów.
Dlaczego akurat on? Jego oddział pacyfikacyjny przecinał komunikację między powstańcami wielkopolskimi a główną armią Kościuszki. Dopóki Székely pozostawał aktywny, każdy kurier i każdy transport zaopatrzenia mógł zostać przechwycony.
Trzy kolumny, jeden cel
Plan Dąbrowskiego wymagał precyzyjnej koordynacji. Korpus podzielono na trzy grupy maszerujące różnymi drogami ku Łabiszynowi. Brygada Madalińskiego z artylerią szła przez Trzemeszno i Mogilno. Główne siły pod osobistym dowództwem generała kierowały się przez Rogowo i Żnin. Trzecia kolumna złożona z oddziałów powstańczych Józefa Lipskiego obierała trasę przez Kłecko.
Madaliński dotarł pierwszy i zdążył rozbroić lokalny pruski posterunek. Połączenie dwóch kolumn nastąpiło 28 września. Trzecia grupa wciąż była w drodze – Lipski ze swoimi powstańcami nie zdążył na główne starcie.
W tym samym czasie Székely nie czekał bezczynnie. Opuścił Inowrocław i poprowadził swoje oddziały na Nową Wieś, zbliżając się do polskich pozycji. Obie strony zmierzały nieuchronnie ku konfrontacji.
Nocny ogień i bagnety pod Wzgórzem Klasztornym
Ciemność z 28 na 29 września rozdarły pruskie armaty. Nagły ostrzał wywołał początkowo chaos w polskich szeregach – w końcu większość żołnierzy Dąbrowskiego nigdy wcześniej nie słyszała huku dział wymierzonego w siebie.
Generał opanował sytuację szybciej niż Prusacy się spodziewali. Zamiast wycofać się lub okopać, zarządził natychmiastowy kontratak. Walki przeniosły się pod Wzgórze Klasztorne, gdzie doszło do starcia na bagnety – najbardziej brutalnej formy ówczesnej piechoty, gdzie liczyła się już tylko determinacja i siła mięśni.
Punkt kulminacyjny nastąpił gdy Dąbrowski osobiście stanął na czele szarży kawaleryjskiej. Generał prowadzący atak z przodu własnych jeźdźców nie był wtedy zjawiskiem częstym – ryzyko śmierci lub pojmania było ogromne. Ta decyzja złamała opór pruski.
Zwycięstwo z gwiazdką
Székely wycofał się za rzekę Brdę, przenosząc swój sztab do Bydgoszczy. Droga komunikacyjna została odblokowana, przynajmniej chwilowo. Jednak strategiczna sytuacja pozostawała skomplikowana – korpus księcia Józefa Poniatowskiego właśnie wycofał się znad Bzury, zrywając łączność Dąbrowskiego z resztą polskiej armii.
Zwycięstwo pod Łabiszynem pokazało zarówno potencjał, jak i ograniczenia powstania kościuszkowskiego. Odwaga i pomysłowość mogły wygrywać pojedyncze bitwy, ale insurekcja potrzebowała czegoś więcej niż lokalnych sukcesów przeciwko oddziałom pacyfikacyjnym.
Dziś w Łabiszynie znajduje się tzw. Góra Székelyego – ironiczny pomnik pruskiej porażki noszący imię pokonanego dowódcy. Czasem historia ma przewrotne poczucie humoru w nazewnictwie.
