Baje. Zatopiona metropolia, o której milczy historia
Pod turkusowymi wodami Zatoki Neapolitańskiej spoczywa miasto, w którym odpoczywali najpotężniejsi ludzie starożytnego świata. Baje – bo o nim mowa – było rzymskim odpowiednikiem dzisiejszego Monte Carlo, miejscem, gdzie Cezar miał swoją willę, a patrycjusze rywalizowali o najbardziej okazałe rezydencje. Dziś można je zwiedzać z maską i rurką, pływając nad ulicami sprzed dwóch tysięcy lat.
Kurort dla najbogatszych
W starożytności Baje cieszyło się sławą najmodniejszego kurortu całego Imperium Rzymskiego. Położone w malowniczym krajobrazie niedaleko dzisiejszego Neapolu, przyciągało rzymską elitę gorącymi źródłami i łagodnym klimatem. To nie było miejsce dla przeciętnych obywateli – posiadłości budowali tu cesarze i najpotężniejsze rody.
Juliusz Cezar wzniósł tu swoją willę wypoczynkową. Rodzina Pizonów – jedna z najbardziej wpływowych w Rzymie – również miała tu swoją rezydencję. Ich losy zakończyły się tragicznie, gdy spadkobierców zamordowano na rozkaz cesarza Nerona, który sam przecież znał to miejsce doskonale. Paradoks historii sprawił, że willa morderców i ofiar stały niemal obok siebie.
Miasto liczyło kilka tysięcy mieszkańców i zajmowało imponującą powierzchnię prawie 177 hektarów. Funkcjonował tu również Portus Julius – jeden z największych portów handlowych w regionie, chroniony przed sztormami specjalną palisadą. Baje było więc nie tylko kurortem, ale także ważnym węzłem handlowym.
Powolna śmierć miasta
Los Baiae przypieczętowała nie nagła katastrofa, lecz zjawisko, które trwa do dziś i które naukowcy nazywają bradisismo. To regularne, powolne ruchy gruntu związane z aktywnością wulkaniczną – komory magmowe pod powierzchnią ziemi napełniają się i opróżniają, powodując podnoszenie lub obniżanie terenu. W przypadku Baiae teren systematycznie opadał.
Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się już w IV wieku przed naszą erą, gdy zaczęto notować ruchy tektoniczne. Mieszkańcy obserwowali, jak poziom wody stopniowo podnosi się względem ich domów. Nie było dramatycznej ucieczki ani paniki – miasto po prostu tonęło przez wieki, budynek po budynku, ulica po ulicy.
Dziś większość starożytnego miasta spoczywa około czterech metrów pod powierzchnią wody. Cały region leży w kraterze wulkanicznym sprzed dziesięciu tysięcy lat, co tłumaczy zarówno obecność gorących źródeł, które przyciągały Rzymian, jak i niestabilność gruntu, która ostatecznie pochłonęła ich uzdrowisko.
Podwodne muzeum
Od 2002 roku zatopione Baje funkcjonuje jako park archeologiczny pod ochroną państwową. To co odróżnia je od innych stanowisk archeologicznych, to niezwykły sposób zwiedzania. Płytsze części miasta można eksplorować z maską i rurką – to dosłownie kilka metrów głębokości. Głębsze partie wymagają nurkowania z butlą lub wycieczki łodzią ze specjalnym przezroczystym kadłubem.
Pod wodą zachowały się nie tylko fundamenty – można zobaczyć kompletne układy ulic, marmurowe posadzki willi Protiro z charakterystycznym czarno-białym wzorem, a nawet monumentalne posągi. Wśród nich wyróżnia się młody Dionizos oraz figury nawiązujące do Odysei. Legenda głosi zresztą, że sama nazwa miasta pochodzi od Bajosa – towarzysza Odyseusza, który miał tu zostać pochowany.
W porównaniu z Pompejami czy Herkulanum zatopione Baje pozostaje znacznie mniej znane turystom. A przecież oferuje coś, czego tamte stanowiska dać nie mogą – możliwość przepłynięcia tuż obok starożytnych murów, dotknięcia kolumn porośniętych wodorostami, zanurzenia się dosłownie w historii. Nazywają je neapolitańską Atlantydą i trudno o trafniejsze porównanie.