
Gdy po latach pamiętnych tournée po Ameryce i Europie pytano go, dlaczego wrócił do kraju we września 1939 roku, w czas gdy muzyka wydawała się zbędna w cieniu wojny, odpowiadał: „Bo tak trzeba”. Jego dzieciństwo i dorastanie były szkołą nie tylko śpiewu, ale także przyzwoitości i poświęcenia, które z czasem miały przybrać wymiar heroiczny.
Chłopiec z kolejowej dzielnicy
Przedwojenna Praga tętniła pracą, rozmowami na balkonach i gwarem tramwajów. Wśród jej mieszkańców znalazła się rodzina Fogielów. Antoni pracował jako maszynista kolejowy, a Anna prowadziła sklep przy ulicy Długiej. Tam właśnie 30 maja 1901 roku urodził się Mieczysław.
Rodzina, choć o skromnym statusie, dbała o wykształcenie syna. Wysłała go, jak wielu w tamtych czasach, do kościelnego chóru. Szybko rozpoznano tam naturalny talent chłopca, który wyróżniał się czystością i ciepłem głosu.
Po ukończeniu miejscowej szkoły powszechnej i gimnazjum niespełna dwudziestoletni Mieczysław znalazł się na froncie wojny polsko-bolszewickiej. Został tam ranny, ale przeżył ten trudny okres. Nie był typowym żołnierzem, raczej obserwatorem, człowiekiem spokojnym i nieco rozmarzonym.
Nawet w mundurze, znosząc trudy wojny, nie potrafił wyrzec się śpiewu. Muzyka była jego stałym towarzyszem, niezależnie od okoliczności.
Odkrycie prawdziwego powołania
Po powrocie do Warszawy Mieczysław podjął pracę na kolei, idąc śladami ojca. Jednak jego serce biło dla muzyki. Dołączył do chóru kościoła św. Anny, gdzie po raz pierwszy wyróżnił się z tłumu jako głos o niezwykłej czystości i ciepłym brzmieniu.
Wkrótce jego miłość do muzyki przekształciła się w prawdziwe powołanie. Spotkanie z Ludwikiem Sempolińskim otworzyło mu nowe perspektywy. Lekcje u Mossakowskiego, Dygasa i Brzezińskiego przeniosły go z praskiej dzielnicy na międzynarodowe sceny.
Początki nie były łatwe. Fogg, wciąż jeszcze Fogiel, pracował na kolei. Robił to spokojnie, po cichu, żeby „nie przeszkadzać najbliższym”. Ale rozbudzony talent nie dawał za wygraną.
Ludwik Sempoliński otworzył mu drzwi do salonów, gdzie poznał Warszawski Chór Dana. Ta nowoczesna kapela w krótkim czasie stała się sensacją muzyczną.
Droga na szczyty
W 1928 roku, już pod pseudonimem Fogg, zadebiutował na scenie Qui Pro Quo. Wykonywał przeboje Petersburskiego i Hemara, które rozbrzmiewały potem po całej Polsce. Podróże po Europie i Stanach Zjednoczonych, gdzie śpiewał po polsku, angielsku, niemiecku i jidysz, były kontrapunktem do nadchodzących mroków wojny.
Nawet w tych nowych, światowych realiach Fogg zachowywał warszawski spokój i dystans. Kłaniał się, ściszał głos, wiedząc, że sława to nie cel, lecz skutek uboczny pracy. Do wybuchu wojny zebrał laury za sceniczne przeboje.
„Tango Milonga”, „To ostatnia niedziela”, „Jesienne róże” przyniosły mu tytuł najpopularniejszego piosenkarza Polski według Polskiego Radia. Sukces nie zmienił jego skromnej natury ani przywiązania do warszawskich korzeni.
Jego kariera rozwijała się spektakularnie, ale zawsze pamiętał o swoim pochodzeniu i wartościach wyniesionh z domu.
Wybór w trudnych czasach
Wrzesień 1939 roku przesunął Warszawę na krawędź rozpaczy, ale Fogg bez wahania zdecydował się zostać. Teatry zamilkły, więc śpiewał w kawiarniach, podtrzymując warszawiaków na duchu. Czasem pracował jako kelner, wciąż jednak „z głową pełną nut”.
Mimo propozycji podpisania volkslisty stanowczo odmówił. Twardo stąpał po polskiej ziemi, nie idąc na żadne kompromisy z okupantem. Zaangażowanie wykraczało poza estradę. Został żołnierzem Armii Krajowej, przyjmując pseudonim „Ptaszek” i działając w III Batalionie Pancernym „Golski”.
Równie ważna była pomoc niesiona bliźnim. Z własnej woli i bez rozgłosu ukrywał w mieszkaniu przy ulicy Marszałkowskiej żydowską rodzinę Wesby oraz kilku innych potrzebujących. To nie był tylko gest, ale świadomość, że muzyka to nie tylko pokarm dla duszy, ale także tarcza przeciw odczłowieczeniu.
Podczas Powstania Warszawskiego dał ponad dwieście koncertów na barykadach, w piwnicach i szpitalach. Śpiewał, by dodać otuchy, rozbawić, ukoić. Jego głos roznosił się nad ruinami, gdzieś pomiędzy hukiem wybuchów a szeptem modlitwy.
Po wojnie, kiedy wszyscy wracali do domu albo szukali nowego, Fogg otworzył pierwszą kawiarnię artystyczną w ruinach Warszawy. Wkrótce została mu odebrana przez nową władzę, ale on nie odszedł. Śpiewał dalej, dla tych którzy ocaleli i dla pamięci tych, co zginęli.
O autorze: przez wieki
