Mniszek 1939. Zapomniana zbrodnia na Pomorzu

Żwirownia w lasach pod Świeciem stała się jednym z największych miejsc kaźni na polskim Pomorzu. Przez niemal całą okupację Niemcy mordowali tam polską inteligencję, pacjentów szpitala psychiatrycznego, Żydów i jeńców wojennych różnych narodowości. Dziś Mniszek ustępuje rozmiarami zbrodni jedynie Piaśnicy, a mimo to pozostaje miejscem znacznie mniej znanym w zbiorowej pamięci.

Trzy dni wystarczyły, by zaprowadzić terror

Wehrmacht wkroczył do Świecia już 3 września 1939 roku, zaledwie dwa dni po rozpoczęciu inwazji. Błyskawiczność, z jaką Niemcy przejęli kontrolę nad miastem, zapowiadała charakter całej okupacji – bezwzględny i metodyczny. Początkowo władzę sprawowała komendantura wojskowa, ale prawdziwa machina terroru ruszyła wraz z przybyciem cywilnych funkcjonariuszy partyjnych.

Kluczową postacią okazał się Max Rampf, przysłany z Gdańska protegowany gauleitera Forstera. To on objął funkcję landrata powiatu świeckiego i szefa lokalnych struktur NSDAP. Równolegle SS-Sturmbannführer Teetzmann rozpoczął organizowanie Selbstschutzu – paramilitarnej formacji złożonej z miejscowych Niemców, którzy przed wojną żyli obok swoich polskich sąsiadów. Teraz mieli stać się ich katami.

Dowództwo Selbstschutzu w powiecie przejął wkrótce Hans Joachim Modrow, właściciel majątku ziemskiego w Jastrzębiu. Z kolei w samym Świeciu władzę nad tą formacją sprawował dentysta Herbert Sattelmeyer. Zwykli ludzie, lokalni Niemcy, którzy znali swoje ofiary z widzenia, a nieraz z codziennych kontaktów, teraz decydowali o ich życiu i śmierci.

Pułapka na świeckim rynku

Aresztowania rozpoczęły się niemal natychmiast. Niemcy realizowali na Pomorzu tzw. akcję „Inteligencja” – plan systematycznej eksterminacji polskich elit. Nauczyciele, urzędnicy, przedsiębiorcy, działacze społeczni, duchowni – wszyscy, którzy mogli stanowić zaplecze przyszłego oporu, znaleźli się na listach proskrypcyjnych. Ale ofiarami padali również ci, do których członkowie Selbstschutzu żywili zwykłe osobiste urazy.

9 września 1939 roku około 200 Polaków stawiło się na rynku w Świeciu. Wezwano ich oficjalnie do rejestracji i skierowania do pracy. Był to podstęp. Wszystkich aresztowano i osadzono w więzieniu sądowym. Ten sam los spotykał uciekinierów wojennych, którzy nieświadomi zagrożenia wracali do swoich domów.

Czytaj również:  Idi Amin. Dyktator z Ugandy

Aresztowanych przetrzymywano w kilku miejscach: w świeckim więzieniu, w opuszczonych pawilonach miejscowego szpitala psychiatrycznego, w gorzelni w Luszkówku, w więzieniu w Nowem nad Wisłą oraz w budynkach zakładu misyjnego księży werbistów w Górnej Grupie. Warunki były wszędzie podobne – fatalne. Głód, ciasnota, tortury i nieustanne szykany miały złamać więźniów jeszcze przed egzekucją.

Dzieci na wycieczkę, chorzy na śmierć

Masowe rozstrzeliwania w żwirowni pod Mniszkiem rozpoczęły się w październiku 1939 roku. Jako pierwsi zginęli więźniowie polityczni ze Świecia oraz pacjenci tamtejszego Zakładu Psychiatrycznego. Była to część osławionej Akcji T4 – nazistowskiego programu eksterminacji osób uznanych za „niewarte życia”, który w Polsce realizowano równolegle z akcją wymierzoną w inteligencję.

Z około 1700 pacjentów świeckiego szpitala zamordowano ponad tysiąc. Wywożono ich partiami po 60 osób, począwszy od 15 października. Przed transportem aplikowano im środki uspokajające i przebierano w starą odzież. Na miejscu spychano ich trójkami lub czwórkami do wykopanych dołów i rozstrzeliwano. Wśród ofiar znalazło się 120 dzieci, które zwabiono na ciężarówki obietnicą wycieczki.

Cynizm tej zbrodni przekracza granice wyobraźni. Opiekunowie, którzy przez lata troszczyli się o swoich podopiecznych, musieli patrzeć, jak ich pacjentów wywozi się na śmierć. A dzieci do ostatniej chwili nie wiedziały, że jadą na egzekucję.

Fabryka śmierci 

Świadkowie opisywali egzekucje w Mniszku jako przedsięwzięcie niemal przemysłowe w swojej regularności. Kolumny ciężarówek wypełnionych skazańcami przyjeżdżały średnio co dwa do trzech dni, eskortowane przez motocyklistów. Jednorazowo przybywało od 5 do 10 pojazdów, ale zdarzały się dni, gdy transporty nadchodziły nawet trzykrotnie.

Skazańców przywożono głównie ze Świecia, Grudziądza i Nowego nad Wisłą. Na miejscu spędzano ich do wcześniej przygotowanych dołów. Rozstrzeliwania zaczynały się zwykle o godzinie 18:00 i trwały do północy. Egzekucje odbywały się w świetle reflektorów tych samych ciężarówek, którymi przywieziono ofiary. Strzelano w tył głowy lub z broni maszynowej.

Czytaj również:  Nieznane początki Czesława Niemena. Tak wyglądało jego dzieciństwo

Ci, którzy po salwach wykazywali jeszcze oznaki życia, byli dobijani łopatami i kijami. Niektórych zakopywano żywcem. Skazańców próbujących stawiać opór wieszano na prowizorycznej szubienicy, której fragmenty zachowały się do dziś. Las otoczono strażnikami i tablicami ostrzegającymi, że każdy, kto przekroczy granicę strefy, zostanie zastrzelony bez ostrzeżenia.

Zbrodnia, która trwała przez całą wojnę

Choć największa fala mordów przypadła na okres od października 1939 do kwietnia 1940 roku, żwirownia w Mniszku służyła jako miejsce straceń przez niemal całą okupację. W kolejnych latach ginęli tam Polacy z ruchu oporu, Żydzi oraz jeńcy wojenni. Wśród ofiar znajdowali się żołnierze radzieccy, a prawdopodobnie także angielscy i francuscy.

Paradoksalnie to właśnie jeńców wykorzystywano do zacierania śladów zbrodni. Więźniowie z ZSRR byli zmuszani do wykopywania i palenia zwłok. Po wykonaniu zadania sami stawali przed plutonem egzekucyjnym. Niektóre źródła wspominają, że przy tej makabrycznej pracy zatrudniano również jeńców francuskich.

Po wojnie, w 1947 roku, podczas prac porządkowych natrafiono w Mniszku na ludzkie szczątki. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy zdołała ustalić tożsamość zaledwie 44 osób. Reszta z blisko 10 000 ofiar pozostaje bezimienna, pogrzebana we wspólnych mogiłach w miejscu, które przed wojną było zwykłą żwirownią.

O autorze: przez wieki

(Visited 823 times, 1 visits today)