
Setki funtów skrawków tkanin, dwa miesiące bez opróżniania pojemnika na odpady i jeden niedopałek papierosa. Tyle wystarczyło, żeby sobotnie popołudnie 25 marca 1911 roku przeszło do historii jako najkrwawsza katastrofa przemysłowa w dziejach Nowego Jorku. Zginęło 146 osób, głównie nastolatek, które tydzień wcześniej przypłynęły do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia.
Fabryka na trzech piętrach
Triangle Shirtwaist Company zajmowała trzy najwyższe kondygnacje dziesięciopiętrowego budynku przy Washington Place w Greenwich Village. Dziś ten adres należy do kampusu Uniwersytetu Nowojorskiego, a budynek nosi status zabytku. W 1911 roku mieściła się tam jedna z największych fabryk damskich bluzek w mieście.
Pracowało w niej około pięciuset osób, głównie młode imigrantki z Włoch i wschodniej Europy. Większość miała od czternastu do dwudziestu trzech lat. Przyjechały do Ameryki uciekając przed biedą i pogromami, a znalazły zatrudnienie przy maszynach do szycia za kilka dolarów tygodniowo.
Właściciele fabryki, Isaac Harris i Max Blanck, stosowali praktykę powszechną w tamtych czasach. Zamykali drzwi wyjściowe na klucz podczas zmiany roboczej. Oficjalnie chodziło o zapobieganie kradzieżom i nieautoryzowanym przerwom. W praktyce oznaczało to, że setki ludzi pracowały w pomieszczeniach bez możliwości swobodnego wyjścia.
Niedopałek wart 146 istnień
Około godziny 16.40, gdy sobotnia zmiana dobiegała końca, w koszu na skrawki przy stole krojczego pojawił się ogień. Komisja śledcza uznała później, że przyczyną był niedopałek papierosa wrzucony do pojemnika pełnego resztek materiału.
Pod stołem leżały setki funtów odpadków z kilku tysięcy bluzek skrojonych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Wokół wisiały tkaniny. Jedynym niepalnym elementem w tym wszystkim były metalowe wykończenia. Ogień rozprzestrzeniał się z prędkością, której nikt nie był w stanie przewidzieć.
Pierwszy alarm przeciwpożarowy nadszedł o 16.45 od przechodnia, który zauważył dym wydobywający się z ósmego piętra. W budynku nie było tryskaczy. Właściciele fabryki byli tego dnia obecni na miejscu razem ze swoimi dziećmi.
Skoki z dziesiątego piętra
Gdy ogień objął ósme piętro, pracownice ruszyły do wyjść. Natknęły się na zamknięte drzwi. Część zdołała przedostać się na dach i uciec sąsiednimi budynkami. Wiele nie miało tego szczęścia.
Świadkowie na ulicy obserwowali scenę, która prześladowała ich do końca życia. Młode kobiety wyskakiwały z okien ósmego, dziewiątego i dziesiątego piętra. Strażackie siatki ratunkowe okazały się bezużyteczne przy upadku z takiej wysokości. Drabiny miejskiej straży pożarnej sięgały tylko do szóstego piętra.
Spośród 146 ofiar, 123 stanowiły kobiety i dziewczęta. Dwadzieścia trzy osoby to mężczyźni. Część zginęła w płomieniach, część od zatrucia dymem. Wielu wybrało skok jako jedyną drogę ucieczki od ognia.
Proces, który nikogo nie ukarał
Harris i Blanck stanęli przed sądem oskarżeni o nieumyślne spowodowanie śmierci. Reprezentował ich Max Steuer, jeden z najlepszych nowojorskich adwokatów tamtej epoki. Obaj właściciele zostali uniewinnieni.
Historia zapisała ich jako bezwzględnych wyzyskiwaczy, ale rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana. Badacz Michael Hirsch ustalił, że rodzina Blancków straciła w pożarze więcej bliskich niż ktokolwiek inny. W fabryce pracowali ich krewni sprowadzeni z Europy Wschodniej, uratowani przed pogromem w Kiszyniowie. Żona Maxa Blancka straciła w ogniu własnego brata.
Wnuczka Blancka, Susan Harris, dowiedziała się o pożarze jako piętnastolatka, gdy natknęła się na książkę o tragedii w bibliotece rodziców. Obraz dziadka jako potwora nie pasował do opowieści rodzinnych o człowieku, który hojnie wspierał organizacje charytatywne i był kochającym patriarchą klanu.
Tragedia przy Washington Place zmieniła amerykańskie prawo pracy bardziej niż dekady strajków i petycji. Nowe przepisy wymusiły instalację tryskaczy, odblokowywanie wyjść ewakuacyjnych i regularne inspekcje bezpieczeństwa. Związek zawodowy pracownic odzieżowych zyskał tysiące nowych członkiń. Sto czterdzieści sześć ofiar nie doczekało się jednak sprawiedliwości sądowej. Ich śmierć pozostała oficjalnie niczyją winą.
