Niemiecki obóz dziecięcy w Łodzi. Co wydarzyło się za drutami getta?

Na przełomie 1942 i 1943 roku w łódzkim getcie funkcjonowało miejsce, które SS-Obergruppenführer Oswald Pohl wymieniał jednym tchem obok Auschwitz, Dachau i Buchenwaldu. Kinder-KL Litzmannstadt był jedynym niemieckim obozem koncentracyjnym na terenach okupowanej Polski stworzonym specjalnie dla polskich dzieci. Za jego drutami znalazły się wojenne sieroty oraz synowie i córki działaczy podziemia.

Piekło przy ulicy Przemysłowej

Obóz powstał w grudniu 1942 roku na terenie włączonym bezpośrednio do III Rzeszy. Niemcy uznali Łódź za miasto na tyle strategiczne, że zmienili nie tylko jego nazwę, ale również przeznaczenie dla tysięcy polskich rodzin. 

Dzieci trafiające za druty miały od dwóch do szesnastu lat, a ich jedyną winą było polskie pochodzenie lub związki rodzinne z ruchem oporu.

Codzienność małych więźniów wypełniały mordercze apele organizowane często nocą i na mrozie. Praca przekraczająca możliwości dziecięcych organizmów stanowiła kolejny element systematycznego wyniszczania. Przemoc fizyczna i psychiczna ze strony dorosłych oprawców towarzyszyła osadzonym nieustannie, odbierając im resztki nadziei na przetrwanie.

Jerzy Jeżewicz, jeden z ocalałych więźniów, opisywał to miejsce jednoznacznie. Twierdził, że komory gazowe i krematoria nie były potrzebne, ponieważ dzieci zabijano głodem, pracą, biciem i mrozem. System eksterminacji opierał się na metodach pozornie mniej spektakularnych, lecz równie skutecznych jak w największych obozach zagłady.

Głód jako narzędzie śmierci

Wyżywienie w obozie było celowo niewystarczające do utrzymania rosnących organizmów przy życiu. Śniadania i kolacje składały się z kawałka suchego czarnego chleba, sporadycznie uzupełnianego odrobiną marmolady i kubkiem gorzkiej kawy zbożowej. Ta ostatnia była zwykle lurą gotowaną na kasztanach, pozbawioną jakiejkolwiek wartości odżywczej.

Obiadowa porcja ograniczała się do chochli zupy przyrządzanej na szpinaku lub zgniłej brukwi z koniną, lecz bez mięsa. Na dnie metalowych misek dzieci znajdowały robaki, dżdżownice, pogięte gwoździe i piasek. Jan Woszczyk porównywał te warunki do Oświęcimia, podkreślając że nawet tam więźniowie otrzymywali kostkę margaryny.

Czytaj również:  Thomas Blatt. Chłopiec, który uciekł z piekła Sobiboru

Głód przesłaniał cały świat młodych więźniów, stając się przedmiotem rozmów, marzeń i snów. Dzieci zjadały wszystko co znalazły, włącznie z myszami i wróblami. Świadkowie opisywali sceny, w których najmłodsi chłopcy rzucali się na rozlaną przez pijanego esesmana zupę, zlizując ją z ziemi. Za ten odruch rozpaczy spotykały ich kopniaki i pobicia.

Wyzwolenie i pamięć

Niemcy opuszczając Łódź w 1945 roku nie przeprowadzili typowej ewakuacji obozu, jaka miała miejsce w innych podobnych placówkach. Starsze dzieci po wkroczeniu Armii Czerwonej samodzielnie wracały do domów rodzinnych, szukając pozostałych przy życiu bliskich. Część młodszych więźniów podjęła podobną próbę, lecz niedługo potem powróciła za ogrodzenie obozu.

Życie poza drutami okazało się dla wielu niemożliwe do udźwignięcia bez pomocy dorosłych. Odradzające się w mieście służby i organizacje charytatywne stopniowo przejmowały opiekę nad osieroconymi dziećmi. Los najmłodszych ofiar nazistowskiego terroru zależał odtąd od sprawności powojennej administracji i dobrej woli ludzi.

Dokumentacja obozowa została przez Niemców zniszczona, co uniemożliwia dokładne ustalenie liczby ofiar. Historycy szacują że przez Kinder-KL Litzmannstadt przeszło od dwóch do trzech i pół tysiąca dzieci. Ile z nich straciło życie wskutek głodu, chorób, zimna i przemocy pozostaje tajemnicą zabraną przez oprawców do grobu.

O autorze: przez wieki

(Visited 337 times, 1 visits today)