Kupcy z Assur w Kanesz
Handel między Assur a Anatolią wymagał cierpliwości. Sama podróż mogła trwać od sześciu do ośmiu tygodni, a towary wieziono na grzbietach osłów. Jednym z najważniejszych punktów na tej trasie było Kanesz, czyli dzisiejsze Kültepe w środkowej Turcji.
Kupcy z Assur osiedlali się tam i prowadzili interesy z dala od domu. Do Anatolii trafiały między innymi cyna i tkaniny, a w zamian handlarze otrzymywali przede wszystkim srebro i złoto.
Taki biznes trudno było prowadzić samemu. Gdy jeden członek rodziny wyjeżdżał, inni zostawali w Assur i zajmowali się sprawami, których nie dało się załatwić z odległości wielu tygodni drogi. W praktyce przypominało to rodzinne przedsiębiorstwo rozrzucone między kilkoma miejscami.
Najpierw trzeba było zapłacić
Zanim karawana zaczęła przynosić pieniądze, pochłaniała spore wydatki. Trzeba było kupić osły, paszę i wyposażenie, wynająć przewodników oraz opłacić koszty pojawiające się podczas podróży.
Takie wydatki skrupulatnie zapisywano. Zachował się między innymi rachunek związany z kupcem Imdi-ilumem, w którym odnotowano pieniądze przeznaczone na towar i organizację transportu.
Co ciekawe, osioł nie musiał kończyć wyprawy wyłącznie jako środek transportu. Po dotarciu do Anatolii zwierzę można było sprzedać, więc stawało się jeszcze jednym elementem handlowego rozliczenia. Dopiero po zsumowaniu wpływów i odjęciu wszystkich kosztów było wiadomo, ile rzeczywiście udało się zarobić.
Kobiety też pilnowały interesów
Mężczyźni podróżowali z karawanami, ale nie oznaczało to, że handel pozostawał wyłącznie w ich rękach. Kobiety w Assur zajmowały się między innymi produkcją tkanin wysyłanych później na sprzedaż.
Niektóre posiadały własny majątek, inwestowały i pożyczały pieniądze, także mężczyznom z rodziny. Potrafiły również bardzo konkretnie upominać się o swoje pieniądze.
Dobrym przykładem była Taram-Kubi, siostra Imdi-iluma. Nie spodobała jej się cena uzyskana za sześć jej tkanin. Za każdą przypadło jej w przeliczeniu niespełna 12 szekli srebra, więc przy następnej przesyłce postawiła sprawę jasno. Oczekiwała co najmniej 20.
Rodzinne więzi nie oznaczały więc specjalnej taryfy ulgowej. Jeśli krewny sprzedał towar zbyt tanio, mógł dostać wiadomość, z której jasno wynikało, że właścicielka nie zamierza drugi raz zgodzić się na podobny interes.
Kłócąca się rodzina
Wspólne interesy przynosiły również konflikty. Puzur-Aszur pisał kiedyś do trzech braci, wśród których był Imdi-ilum, o sporze z jego synem. W tej samej wiadomości pytał o ludzi podróżujących do Kanesz, którzy mieli zostać zatrzymani przed dotarciem na miejsce.
Handlowa korespondencja mieszała się więc z rodzinnymi problemami zupełnie naturalnie. Na jednej tabliczce można było znaleźć informacje o pieniądzach, na innej kłótnię z krewnym, a jeszcze gdzie indziej wiadomości o dzieciach.
Kobiety pisały również do nieobecnych mężów i prosiły ich o powrót do Assur. Nawet kilka tysięcy lat temu długie wyjazdy służbowe miały więc bardzo znajomy skutek. Ktoś czekał w domu i chciał wiedzieć, kiedy podróż wreszcie się skończy.
Wiadomości przetrwały tysiące lat
Listy, umowy i rachunki zapisywano pismem klinowym na niewielkich glinianych tabliczkach. Używano również glinianych kopert i pieczęci. Kupiecki dom mógł w ten sposób gromadzić własne archiwum dokumentów.
Do naszych czasów dotrwały tysiące takich tabliczek z Kanesz. Paradoksalnie pomogły w tym pożary, ponieważ wysoka temperatura wypaliła glinę i utrwaliła zapisane na niej teksty.
Dzięki temu przetrwało coś więcej niż suche rozliczenia dawnych handlarzy. Razem z cenami, pożyczkami i kosztami karawan zachowały się narzekania na krewnych, spory o pieniądze i wiadomości wysyłane do ludzi przebywających daleko od domu.
Cztery tysiące lat zmieniły sposób przesyłania wiadomości. Ich treść okazuje się jednak zaskakująco znajoma.