Najbardziej zapomniany żołnierz Wietnamu. Historia Donalda Sloata

Kiedy w 2014 roku prezydent Obama wręczał Medal Honoru bratu Donalda Sloata, minęło już niemal pół wieku od tamtego styczniowego poranka w Wietnamie. Dwudziestolatek z Oklahomy zdążył przeżyć w strefie działań wojennych niecałe cztery miesiące. Wystarczyło, by jego nazwisko trafiło do panteonu amerykańskich bohaterów wojennych, choć droga do tego uznania okazała się absurdalnie długa.

Chłopak z małego miasta

Coweta w stanie Oklahoma to jedno z tych miasteczek, gdzie wszyscy znają się nawzajem, a lokalna szkoła średnia stanowi centrum życia społecznego. Donald Sloat wyrósł właśnie w takim środowisku. 

Rok 1967 przyniósł mu świadectwo ukończenia Coweta High School, a potem próbę studiów w Northeastern Oklahoma A&M College w Miami. Trudno dziś ustalić, czy przerwał naukę z własnej woli, czy okoliczności go do tego zmusiły. Faktem pozostaje, że w marcu 1969 roku zgłosił się do wojska. Ameryka toczyła wówczas najbardziej kontrowersyjną wojnę w swojej historii, a pobór pochłaniał kolejnych młodych mężczyzn. Sloat nie czekał na wezwanie.

Fort Polk w Luizjanie, gdzie odbywał szkolenie podstawowe, słynęło wśród rekrutów jako miejsce przygotowujące do walk w dżungli. Wilgotny klimat i bagniste tereny miały symulować warunki wietnamskie. We wrześniu tego samego roku Sloat był już na miejscu, przydzielony do obsługi ciężkiego karabinu maszynowego M60 w 3. Plutonie kompanii D, 2. Batalionu, 1. Pułku Piechoty. Jednostka działała w składzie słynnej Dywizji Americal, która zapisała się w historii wojny zarówno bohaterstwem, jak i tragedią masakry w My Lai.

Cztery miesiące w strefie ognia

Baza ogniowa Hawk Hill, z której operowała kompania D, znajdowała się na południe od Danang, w rejonie I Korpusu. Teren rozciągał się od nadmorskich nizin po górskie partie pokryte gęstą dżunglą. Żołnierze zapewniali bezpieczeństwo okolicznym wioskom i prowadzili regularne patrole w poszukiwaniu jednostek północnowietnamskich. Brzmi to sucho i proceduralne, ale rzeczywistość wyglądała inaczej. Snajperzy i pułapki zbierały regularne żniwo. Każdy patrol mógł być ostatnim.

Czytaj również:  11 listopada w gazetach. Dlaczego nie pisano o „niepodległości?

Karabin M60 ważył ponad jedenaście kilogramów bez amunicji. Do tego dochodziły taśmy z nabojami, które karabinierzy dźwigali na sobie niczym metalowe węże. Sloat niósł więc na swoich barkach więcej niż przeciętny piechur, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Obsługujący broń wsparcia stanowili priorytetowy cel dla wroga. Ich eliminacja drastycznie zmniejszała siłę ognia patrolu.

17 stycznia 1970 roku zaczął się jak dziesiątki poprzednich dni. DeWayne Lewis, jeden z żołnierzy idących za Sloatem, znajdował się około dwóch metrów za nim. Taka odległość w warunkach pokojowych to trzy duże kroki. W dżungli to różnica między życiem a śmiercią.

Ułamek sekundy

Granat nie daje czasu na przemyślenia. Od momentu wyciągnięcia zawleczki do eksplozji mijają sekundy, czasem mniej. Lewis zapamiętał, że znajdował się tuż za Sloatem, gdy nastąpił wybuch. Zapamiętał też, że przeżył. Te dwa fakty połączone w jedno zdanie mówią więcej niż jakikolwiek oficjalny raport. Dwudziestolatek z Oklahomy podjął decyzję, której konsekwencje były nieodwracalne i natychmiastowe. Miesiąc później skończyłby dwadzieścia jeden lat.

Tego dnia Lewis dostał drugie życie. Inni żołnierze z patrolu również. Sloat nie mógł wiedzieć, ile osób uratuje, nie mógł kalkulować, czy warto. Mózg ludzki nie jest w stanie przeprowadzić takiej analizy w ułamku sekundy. To, co zrobił, wynikało z czegoś głębszego niż racjonalna ocena sytuacji. Być może z odruchów wyćwiczonych podczas szkolenia, być może z charakteru, który ukształtowało małe miasteczko w Oklahomie.

Wojsko przyznało mu pośmiertnie szereg odznaczeń. Otrzymał też Krzyż Zasługi Wietnamu Południowego. Imponująca lista dla kogoś, kto służył niecałe cztery miesiące. A jednak najwyższe wyróżnienie kazało na siebie czekać ponad cztery dekady.

Biurokracja pamięci

W 2002 roku armia amerykańska rozpoczęła przegląd wszystkich sześciu i pół tysiąca przypadków przyznania Krzyża Wybitnej Służby. Chodziło o sprawdzenie, czy niektórzy odznaczeni nie zasługiwali na więcej. Proces trwał latami. 

Czytaj również:  Bitwa warszawska. Węgierska pomoc, która ocaliła Warszawę

Dopiero w 2013 roku, w ramach ustawy o autoryzacji budżetu obronnego, Senat usunął limit czasowy dla przyznania Medalu Honoru Donaldowi Sloatowi i Benniemu Adkinsowi. Rok później prezydent Obama wręczył odznaczenia podczas ceremonii w Białym Domu.

Tego samego dnia Medal Honoru otrzymał też Alonzo Cushing, oficer z czasów wojny secesyjnej. Trzej mężczyźni z trzech różnych wojen, połączeni jedną ceremonią i jednym paradoksem. Ich heroizm nie zestarzał się ani o dzień, ale uznanie wymagało dekad lub w przypadku Cushinga ponad stu lat. Brat Donalda, Bill Sloat, odebrał medal w imieniu rodziny. Sam Bill również już nie żyje.

O autorze: przez wieki

(Visited 183 times, 1 visits today)