Śmierć Bolesława Bieruta. Co naprawdę wydarzyło się w Moskwie?

W marcu 1956 roku Polska stanęła przed dziwacznym widowiskiem. Społeczeństwo, które przez dwanaście lat doświadczało terroru i represji, miało teraz publicznie opłakiwać człowieka współodpowiedzialnego za te cierpienia. Mechanizm państwowej żałoby odsłonił wówczas całą absurdalność systemu, w którym nawet śmierć stawała się narzędziem politycznej manipulacji.

Śmierć Bolesława Bieruta

Bolesław Bierut zmarł 12 marca 1956 roku w stolicy Związku Radzieckiego, dokąd przyjechał na XX Zjazd partii komunistycznej. Oficjalna diagnoza mówiła o grypie powikłanej zapaleniem płuc, zakrzepie tętnicy płucnej i zawale serca. Lekarze sowieccy określili jego stan enigmatycznie jako coś na pograniczu dwóch chorób, co syn zmarłego nazwał później leczeniem nieudolnym i mało odpowiedzialnym.

Okoliczności zgonu natychmiast obrosły legendami. Jedni mówili o samobójstwie po ujawnieniu zbrodni stalinowskich przez Chruszczowa, inni o celowym otruciu przez Sowietów widzących w Bierucie przeszkodę dla destalinizacji. Pojawiła się nawet hipoteza o zastrzeleniu przez agenta sowieckiego. Polacy komentowali to na swój sposób, powtarzając złośliwe powiedzenia o podróży w futerku i powrocie w kuferku.

Prawda była zapewne prozaiczna. Od co najmniej roku Bierut zmagał się z postępującą miażdżycą i chorobą nerek. Podczas samego zjazdu dwukrotnie musiał pozostawać w łóżku. Siedemdziesięcioletni organizm nie wytrzymał kolejnego nawrotu dolegliwości, choć zbieżność czasowa z referatem demaskującym stalinizm pozostaje wymowna.

Inscenizacja narodowej żałoby

Państwowa machina ruszyła natychmiast. Ogłoszono czterodniową żałobę narodową, a 16 marca zaplanowano uroczystości pogrzebowe. 

W Warszawie dzień ten uczyniono wolnym od pracy, by maksymalnie zwiększyć frekwencję na placu noszącym wówczas imię Stalina. W pozostałych miastach uruchomiono zakładowe i wiejskie radiowęzły, przy których pracownicy mieli obowiązkowo słuchać transmisji.

Szczególnie groteskowy charakter miało włączenie do ceremonii dzieci. W szkołach organizowano specjalne zebrania z czytaniem artykułów prasowych, a harcerze zaciągali warty honorowe pod portretami zmarłego. Raporty Urzędu Bezpieczeństwa skrupulatnie odnotowywały reakcje społeczeństwa. W Nowym Sączu zgromadzono dziesięć tysięcy osób, w Krakowie trzy tysiące. Funkcjonariusze z satysfakcją raportowali o zdejmowanych nakryciach głowy i płaczących kobietach.

Czytaj również:  Śmierć Georga H. W. Busha. Tak umierał amerykański prezydent

W powiecie Sucha zaobserwowano nawet przypadki klękania i odmawiania modlitw za Bieruta przez kobiety w sklepach. Trudno dziś ocenić, ile w tych gestach było autentycznego żalu, a ile strachu przed wszechobecną inwigilacją. System przez lata uczył ludzi, że bezpieczniej jest demonstrować lojalność niż ryzykować podejrzenia o wrogość.

Kościół wobec oprawcy 

Najbardziej paradoksalny wymiar miała postawa duchowieństwa. Urząd do spraw Wyznań przekazał Episkopatowi życzenie, by we wszystkich kościołach w kraju bito w dzwony podczas uroczystości pogrzebowych. Zdecydowana większość księży podporządkowała się temu poleceniu, choć żegnali człowieka, który osobiście rozkazał uwięzienie prymasa Wyszyńskiego i za którego rządów więziono blisko tysiąc duchownych.

Niektórzy poszli znacznie dalej niż wymagano. Ksiądz Antoni Kania z Dębnicy Kaszubskiej publicznie oświadczył, że towarzysz Bierut był dobrym patriotą i nie był przeciwnikiem religii. 

Na Śląsku wielu duchownych samorzutnie biło w dzwony wielokrotnie, nie tylko w porze oficjalnych uroczystości. Rekordzistą okazał się ksiądz Józef Kędziołka z Nysy, ubiegający się akurat o dotacje na odbudowę katedry, który dzwonił aż czterokrotnie.

Urzędnicy państwowi równie starannie dokumentowali postawy odmienne. Ksiądz Franciszek Brudnias, katecheta z Kwidzyna, powiedział dzieciom wprost, że Bierut był pierwszym obywatelem Polski, ale będzie też pierwszym w piekle. Takie głosy stanowiły jednak mniejszość, przynajmniej wśród tych, które docierały do uszu władzy.

Bilans krwawych rządów

Za życia Bieruta i za jego wiedzą zamordowano około dwóch i pół tysiąca osób. Prześladowanych, torturowanych i więzionych przez komunistyczne służby było w Polsce nawet pół miliona ludzi. Na półtora miliona obywateli nałożono rozmaite kary, często za niewywiązywanie się z przymusowych dostaw żywności. Bierut osobiście proponował wysokość niektórych wyroków i je zatwierdzał, kierował też czystkami partyjnymi i zwalczaniem podziemia niepodległościowego.

Jego śmierć otworzyła drogę do przemian. Już sześć dni wcześniej, gdy Bierut konał w moskiewskiej klinice, zwolniono Mariana Spychalskiego, jednego z więzionych na jego rozkaz działaczy. Wkrótce odsunięto od władzy Hilarego Minca i Jakuba Bermana, tworzących z Bierutem nieformalny triumwirat rządzący Polską. W październiku tego samego roku do władzy powrócił Władysław Gomułka, którego Bierut przez lata zwalczał i ostatecznie doprowadził do aresztowania.

Czytaj również:  Adolf Pilch. Dowódca cichociemnych, przed którym drżało ZSRR

Pochowany na Powązkach w Alei Zasłużonych, Bierut pozostaje postacią symbolizującą najciemniejszy okres powojennej Polski. Jego odejście nie przyniosło wolności, ale otworzyło szczelinę, przez którą zaczęło sączyć się powietrze. 

Dopiero po kolejnych trzydziestu trzech latach Polacy mogli w pełni rozliczyć się z tamtą epoką. Grób na wojskowym cmentarzu pozostaje do dziś niemym świadectwem czasów, gdy kłamstwo nazywano prawdą, a zbrodniarzom oddawano honory należne bohaterom.

O autorze: przez wieki

(Visited 2 322 times, 6 visits today)