
Gdy w 1900 roku pozostał sam na murach oblężonej ambasady w Pekinie, nikt nie dawał mu szans na przeżycie. Piętnaście lat później wyłowił z rzeki pod ostrzałem 90-kilogramowy karabin maszynowy. A w 1918 roku wykrzyczał zdanie, które na zawsze weszło do historii amerykańskiej piechoty morskiej. Dan Daly udowodnił, że wielkość żołnierza nie mierzy się w centymetrach.
Chłopak z ulicy, który został bokserem
Irlandzkie korzenie i nowojorskie dzieciństwo ukształtowały Dana Daly’ego na swój sposób. Zanim skończył dwadzieścia lat, zdążył popracować jako roznosiciel gazet i robotnik fizyczny w Glen Cove na Long Island. Jego drobna postura mogła zwodzić – ważył tyle co przeciętna nastolatka, ale potrafił wykorzystać każdy kilogram podczas walk na półprofesjonalnym ringu bokserskim.
W styczniu 1899 roku, mając 25 lat, wstąpił do Korpusu Piechoty Morskiej. Pierwszy przydział dostał na krążownik USS Newark przy Flocie Azjatyckiej. Nikt wtedy nie podejrzewał, że ten niepozorny szeregowiec zapisze się w historii jako jeden z najbardziej odznaczonych Marines w dziejach.
Lato 1900 roku przyniosło Chinom powstanie bokserów, a Daly’emu pierwszą okazję do udowodnienia swojej wartości. Podczas 55-dniowego oblężenia dzielnic poselstw w Pekinie szeregowiec wyruszył wraz z kapitanem Newtem Hallem na rekonesans pozycji na Murze Tatarskim.
Grupa robocza, która miała za nimi podążyć i zbudować umocnienia, nigdy nie dotarła. Kapitan wrócił po wsparcie, a Daly zgłosił się na ochotnika, żeby zostać. Został sam na murze z karabinem powtarzalnym i bagnetem w rękach.
Tej nocy bokserzy przypuścili zaciekły atak na jego pozycję. Kiedy słońce wzeszło nad Pekinem, Daly wciąż stał na posterunku. Wokół niego leżało około dwustu ciał przeciwników. Za tę jedną noc otrzymał swój pierwszy Medal Honoru.
Heroiczny czyn
Piętnaście lat później, na Haiti, sierżant Daly służył pod rozkazami majora Smedleya Butlera podczas walk z powstańcami Cacos. W nocy z 24 na 25 października 1915 roku patrol czterdziestu Marines wpadł w zasadzkę około czterystu rebeliantów przy przeprawie przez rzekę niedaleko fortu Dipitié. Koń niosący jedyny ciężki karabin maszynowy oddziału padł trafiony, a jego ciało wraz z bronią zatonęło.
Butler pogodził się już z walką bez tej broni. Daly nie zamierzał się godzić z niczym. W środku bitwy przepłynął rzekę pod ciągłym ostrzałem, zlokalizował zwierzę na dnie, uwolnił karabin z uprzęży i przetransportował dziewięćdziesiąt kilogramów sprzętu przez ponad półtora kilometra z powrotem do pozycji Marines.
Sam Butler napisał później, że nie miałby odwagi podjąć takiego wyczynu. O świcie, z odzyskanym karabinem maszynowym i Dalym dowodzącym jednym z pododdziałów, Marines rozbili siły Cacos i zdobyli fort. Drugi Medal Honoru trafił na pierś sierżanta.
Zdanie, które przetrwało stulecie
Czerwiec 1918 roku, las Belleau niedaleko Paryża. Amerykanie stoją naprzeciw liczniejszych i lepiej uzbrojonych Niemców. Daly, już jako starszy sierżant sztabowy, musi wyprowadzić swoich ludzi do ataku. Co dokładnie wykrzyczał przed szarżą? Według legendy brzmiało to tak: „No dalej, sukinsyny. Chcecie żyć wiecznie?”
Niektórzy historycy podejrzewają, że te słowa wymyślił nadgorliwy korespondent wojenny. Ale czy to naprawdę ma znaczenie? Zdanie to wyryte jest dziś w kamieniu rotundy Narodowego Muzeum Korpusu Piechoty Morskiej w Wirginii.
Daly opuścił służbę w lutym 1929 roku, po trzydziestu latach w mundurze. Oprócz dwóch Medali Honoru nosił Krzyż Marynarki Wojennej, Krzyż za Wybitną Służbę i francuski Krzyż Wojenny. Amerykański niszczyciel USS Daly nosi jego imię do dziś.
Generał John Lejeune nie wahał się nazwać go „najwybitniejszym Marines wszech czasów”. Patrząc na życiorys Dana Daly’ego, trudno się z tą oceną nie zgodzić.
