
We wrześniu 1948 roku w małej wsi Węgrzynowo pod Sierpcem rozegrał się finał jednej z najdłuższych samotnych potyczek żołnierza podziemia z siłami komunistycznego reżimu. Porucznik Franciszek Majewski, dowódca wszystkich oddziałów zbrojnych 11. Grupy Operacyjnej NSZ, walczył sam przeciwko grupie operacyjnej UB, MO i KBW. Kiedy po sześciu godzinach wymiany ognia zabrakło mu nabojów, podjął decyzję, którą wcześniej musiał rozważać dziesiątki razy.
Od artylerzysty do partyzanta
Trzydziestoletni Majewski, zanim stał się legendą mazowieckiego podziemia, przeszedł przez wszystkie etapy polskiej tragedii XX wieku. We wrześniu 1939 roku bronił pozycji pod Mławą jako podoficer 8. Płockiego Pułku Artylerii Lekkiej. Ranny, trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, skąd wypuszczono go dopiero wiosną 1940 roku ze względu na ciężki stan zdrowia.
Dla wielu młodych mężczyzn taka trauma oznaczałaby wycofanie się z aktywności. Majewski po rekonwalescencji natychmiast włączył się w działalność konspiracyjną, najpierw w Polskiej Organizacji Zbrojnej, potem w Armii Krajowej, gdzie dowodził plutonem Kedywu.
Czy mógł przewidzieć, że po zakończeniu wojny czeka go kolejne pięć lat walki? W lipcu 1945 roku, wraz z niemal całym sztabem Obwodu Płockiego AK, ujawnił się przed nowymi władzami. Decyzja wydawała się racjonalna. Wielu jego towarzyszy wierzyło, że skoro Niemcy pokonani, można wrócić do normalnego życia. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te nadzieje.
Odmowa, która wszystko zmieniła
Wiosną 1946 roku Majewski znalazł się na liście osób przeznaczonych do aresztowania. Komunistyczny aparat bezpieczeństwa systematycznie rozprawiał się z byłymi żołnierzami AK, nawet tymi, którzy oficjalnie złożyli broń.
Wielu jego znajomych trafiało do więzień lub zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Zamiast czekać na swoją kolej, wrócił do konspiracji. Tym razem w szeregach Ruchu Oporu Armii Krajowej, w strukturze obejmującej zachodnią część województwa warszawskiego.
Amnestia 1947 roku postawiła przed nim fundamentalny wybór. Rozkaz nakazywał ujawnienie się, wielu dowódców podporządkowało się tej decyzji. Majewski odmówił.
Czy kierowała nim duma, czy pragmatyczna ocena sytuacji? Prawdopodobnie jedno i drugie. Majewski wiedział zbyt wiele o metodach działania bezpieki, widział zbyt wielu kolegów, którzy po ujawnieniu i tak trafiali przed sądy. Z garścią wiernych żołnierzy kontynuował walkę, która z perspektywy zimnej kalkulacji nie miała szans powodzenia.
Polowanie na „szwadrony śmierci”
Działalność oddziału Majewskiego daleko wykraczała poza symboliczny opór. W lipcu 1947 roku jego ludzie starli się z grupą operacyjną UB i MO pod Okalewem. Bilans tej potyczki mówi sam za siebie: szesnastu zabitych funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa. Trzy miesiące później, w październiku, oddział przeprowadził akcję, która stała się jedną z najbardziej spektakularnych operacji podziemia na Mazowszu.
We wsi Chudzynek zginął Władysław Rypiński „Rypa”, dowódca jednego z pepeerowskich „szwadronów śmierci”. Termin brzmi jak propaganda, ale oddaje rzeczywistość tamtych lat.
Grupy te zajmowały się skrytobójczym mordowaniem byłych żołnierzy AK i działaczy PSL. Na koncie „Rypy” znajdowało się kilkadziesiąt ofiar. Majewski osobiście dowodził zasadzką, która zakończyła jego działalność. Czy to było wymierzanie sprawiedliwości, czy zemsta? Granica między tymi pojęciami w realiach powojennej Polski zacierała się niemal całkowicie.
Koniec Majewskiego
Jesienią 1947 roku Majewski podporządkował swój oddział 11. Grupie Operacyjnej NSZ, przejmując jednocześnie dowództwo nad wszystkimi jej formacjami zbrojnymi. Struktura ta, licząca około 250 żołnierzy, stanowiła najliczniejszą i najlepiej zorganizowaną siłę podziemia niepodległościowego w regionie. Podlegały mu patrole bojowe prowadzone przez doświadczonych dowódców. Bilans ich działalności obejmował jedenaście ataków na posterunki MO, dwadzieścia sześć akcji ekspropriacyjnych na urzędy państwowe i spółdzielnie, likwidację kilkunastu funkcjonariuszy i współpracowników bezpieczeństwa.
Przez niemal rok Majewski wymykał się obławom, przemieszczając się między powiatami płockim, płońskim, rypińskim i sierpeckim. Sieć informatorów, znajomość terenu, lojalność miejscowej ludności przedłużały jego wolność.
Wszystko skończyło się 26 września 1948 roku, gdy bezpieka namierzyła jego kryjówkę w gospodarstwie narzeczonej Jadwigi Banaszkiewicz. Sześć godzin walki jednego człowieka przeciwko dziesiątkom napastników. Ciało zabrało UB, a miejsce pochówku przez dekady pozostawało nieznane. Dopiero po latach ustalono, że spoczywa w pobliżu kościoła parafialnego w rodzinnym Bielsku. Miał dwadzieścia dziewięć lat.
