Hieronim Dekutowski. Tak komuniści zabili bohatera AK

Kiedy w lutym 1945 roku major Hieronim Dekutowski stanął przed wyborem między ujawnieniem się a dalszą walką, nie wiedział jeszcze, że jego los przypieczętowała już wcześniej kula wystrzelona przez człowieka, którego sam wyrwał ze szponów niemieckiej śmierci. Ta paradoksalna historia zdradzonej wdzięczności stała się symbolem pierwszych miesięcy komunistycznego terroru na Lubelszczyźnie.

Droga Hieronima Dekutowskiego

Zanim Dekutowski stał się legendą antykomunistycznego podziemia, przeszedł niezwykłą odyseję wojenną, która prowadziła przez pół Europy. Urodzony w 1918 roku w Dzikowie jako najmłodszy z dziewięciorga dzieci blacharza i działacza PPS, wychowywał się w atmosferze legionowej tradycji. Jego najstarszy brat Józef walczył w wojnie z bolszewikami, co zapewne ukształtowało późniejsze wybory młodego harcerza z tarnobrzeskiej drużyny imienia generała Dąbrowskiego.

Po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku dwudziestojednoletni absolwent liceum przedostał się przez Węgry do Francji, gdzie zaciągnął się do odtwarzanej armii polskiej. Walczył pod szwajcarską granicą, a po klęsce Francji okrężną drogą dotarł do Wielkiej Brytanii. 

Tam ukończył szkołę podchorążych jako prymus i otrzymał z rąk wicepremiera Mikołajczyka oficerski kordzik. Zamiast jednak czekać na lądowanie w Normandii, zgłosił się na ochotnika do najbardziej niebezpiecznej służby, jaką mogli podjąć polscy żołnierze na Zachodzie.

W marcu 1943 roku złożył przysięgę cichociemnego, a we wrześniu tego samego roku dwunastogodzinny lot Halifaxem z Anglii zakończył się zrzutem w okolice Wyszkowa. Poprzednia próba nie powiodła się z powodu niskich chmur i braku paliwa, część maszyn z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy. Dekutowski miał szczęście, choć szczęście to okazało się początkiem pięcioletniej drogi ku tragicznemu finałowi.

Obrońca Zamojszczyzny

Na Lubelszczyźnie młody oficer szybko zyskał opinię wybitnego dowódcy. Jego przełożony Władysław Siła-Nowicki wspominał później człowieka odważnego, ale ostrożnego, wymagającego, lecz troszczącego się o każdego żołnierza. Podkomendni nazywali go Starym, choć nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Ta pozorna sprzeczność oddawała istotę jego charakteru, w którym młodzieńcza energia łączyła się z rozwagą dojrzałego dowódcy.

Czytaj również:  Jej książki czytały nasze mamy. Fenomen Siesickiej trwa do dziś

Działając najpierw w Inspektoracie Zamość, bronił miejscową ludność przed niemieckimi wysiedleniami. Akcje jego oddziału nie ograniczały się jednak do obrony. W grudniu 1943 roku przeprowadził pacyfikację wsi Źrebce pod Szczebrzeszynem, likwidując niemieckich kolonistów, którzy zajęli gospodarstwa wypędzonych Polaków. Jednocześnie ratował ukrywających się Żydów, zapewniając im schronienie w partyzanckich kryjówkach.

Po objęciu w styczniu 1944 roku funkcji szefa Kedywu w Inspektoracie Lublin-Puławy scalił sześć rozproszonych jednostek w sprawną formację lotną. Efekty przeszły oczekiwania dowództwa. Do lipca jego ludzie przeprowadzili ponad osiemdziesiąt akcji zbrojnych, najwięcej spośród wszystkich jednostek okręgu lubelskiego. 

Najbardziej spektakularna bitwa rozegrała się 24 maja pod Krężnicą Okrągłą, gdzie z zasadzki zaatakowano szesnastoosobową kolumnę transportową wypełnioną żołnierzami, esesmanami i żandarmami. Niemcy, wspierani nawet przez samoloty, stracili około pięćdziesięciu ludzi i znaczne ilości uzbrojenia.

Kula za uratowane życie

Wkroczenie Sowietów latem 1944 roku postawiło Dekutowskiego przed dylematem, który rozwiązał za niego zbieg okoliczności o tragicznym charakterze. W nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku czterech jego byłych żołnierzy zostało zaproszonych na posterunek MO w Chodlu. Komendant Abram Tauber był Żydem uratowanym wcześniej przez ludzi Zapory od śmierci z rąk Niemców. Wielokrotnie znajdował schronienie w partyzanckich melinach. Akowcy mogli spodziewać się wdzięczności.

Zamiast tego Tauber kazał wszystkich czterech związać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. Ta zbrodnia stała się punktem zwrotnym. Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu, rozpoczynając tym samym walkę, która pochłonęła następne dwa lata jego życia. Bezpieka odpowiedziała obławą, w której partyzanci zostali ranni, ale przedarli się za San. W odwecie ubowcy podpalili dom żony zastępcy Zapory.

Spirala przemocy nakręcała się błyskawicznie. Wiosną 1945 roku oddział przeprowadził serię brawurowych akcji. W kwietniu zdobył ponad milion złotych z banku w Lublinie, zabijając naczelnika sekcji śledczej miejscowego UB. Tego samego miesiąca opanował Janów Lubelski, uwalniając więźniów i rekwirując samochody. W maju rozbił posterunki w Bełżycach i Urzędowie, a w Kazimierzu Dolnym zginęło pięciu funkcjonariuszy i dwóch sowieckich oficerów.

Czytaj również:  Od paniki do mobilizacji. Warszawa w sierpniu 1920

Zdrada i mokotowska katownia

Latem 1945 roku Dekutowski próbował przedostać się na Zachód. Pierwsza próba zakończyła się rozproszeniem grupy pod Świętym Krzyżem, druga doprowadziła go aż do amerykańskiej ambasady w Pradze. 

Dyplomaci odmówili jednak pomocy, twierdząc, że zajęte przez Sowietów Czechosłowacja to demokratyczny kraj. Wrócił więc do Polski z grupą repatriantów i kontynuował walkę.

Przez kolejne dwa lata jego oddziały, liczące do trzystu żołnierzy, kontrolowały obszar od Lubartowskiego po Tarnobrzeskie. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa funkcjonowała jedynie w większych ośrodkach. 

We wrześniu 1946 roku przeprowadził pacyfikację wsi Moniaki, gdzie spalono dwadzieścia dziewięć zagród zwolenników komunistów. Według oficjalnych szacunków, w akcjach jego oddziałów zginęło ponad czterystu żołnierzy KBW, funkcjonariuszy bezpieki i czerwonoarmistów.

We wrześniu 1947 roku zdrajca z najbliższego otoczenia doprowadził do katastrofy. Stanisław Wnuk, zastępca dowódcy o pseudonimie Opal, okazał się informatorem. Ludzie Zapory, docierający na punkt przerzutowy w Nysie, trafiali prosto w ręce bezpieki. Sam Dekutowski wpadł 16 września. Przewieziony do mokotowskiego więzienia, przez dziewięć miesięcy przechodził tortury. 

Sędzia Józef Badecki, który wcześniej skazał na śmierć rotmistrza Witolda Pileckiego, wydał siedmiokrotny wyrok śmierci. Prośby o łaskę do prezydenta Bieruta pozostały bez odpowiedzi. W celi dla skazanych podjęto desperacką próbę ucieczki, ale jeden z więźniów kryminalnych wydał uciekinierów. 

Dekutowski trafił do karceru, gdzie siedział nago i skuty w kajdany. Kiedy 7 marca 1949 roku prowadzono go na rozstrzelanie, wyglądał jak starzec, choć miał zaledwie trzydzieści lat. Siwe włosy, wybite zęby, połamane kości, zerwane paznokcie. Ostatnie jego słowa brzmiały podobno: „Przyjdzie zwycięstwo, jeszcze Polska nie zginęła”.

O autorze: przez wieki

(Visited 3 091 times, 1 visits today)