Wasilij Archipow. Człowiek, który uratował świat przed wojną atomową

27 października 1962 roku radziecki okręt podwodny B-59 znalazł się w pułapce. Amerykanie zrzucili bomby głębinowe, temperatura wewnątrz kadłuba rosła, a załoga dusiła się z braku tlenu. W tym piekle trzech oficerów musiało podjąć decyzję, która mogła rozpętać trzecią wojnę światową. Dwóch chciało strzelać. Jeden powiedział nie.

Człowiek ukształtowany przez katastrofy

Wasilij Archipow przyszedł na świat 30 stycznia 1926 roku w małej wiosce Zworkowo pod Moskwą, w rodzinie chłopskiej. Jego droga do marynarki wojennej wiodła przez Pacyficzną Wyższą Szkołę Morską i udział w krótkiej, lecz intensywnej wojnie radziecko-japońskiej w sierpniu 1945 roku. Służył wtedy na trałowcu, poznając realia morskiej służby w warunkach bojowych.

Jednak to wydarzenia z 1961 roku ukształtowały go jako oficera zdolnego do zachowania zimnej krwi w sytuacjach ekstremalnych. Archipow pełnił wówczas funkcję zastępcy dowódcy na K-19, pierwszym radzieckim okręcie podwodnym wyposażonym w pociski balistyczne z głowicami nuklearnymi. Podczas ćwiczeń u wybrzeży Grenlandii doszło do awarii systemu chłodzenia reaktora. Łączność z Moskwą została zerwana, a siedmiu inżynierów musiało narażać się na śmiertelne dawki promieniowania, by zapobiec stopieniu rdzenia.

Udało im się skonstruować prowizoryczny system chłodzenia i uniknąć katastrofy, ale cena była straszliwa. Inżynierowie zmarli w ciągu miesiąca, a w kolejnych dwóch latach promieniowanie zabiło jeszcze piętnastu członków załogi. Archipow, który również został napromieniowany, przeżył. Wyniósł z tej tragedii coś bezcennego: świadomość, że panika zabija, a jedynym ratunkiem jest metodyczne działanie nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się tracone.

Pułapka na dnie Atlantyku

Rok później Archipow znalazł się w samym centrum kryzysu kubańskiego. 1 października 1962 roku cztery radzieckie okręty podwodne wypłynęły z bazy na Półwyspie Kolskim w ramach operacji Anadyr. Ich zadaniem było wsparcie transportu broni na Kubę i przygotowanie tam bazy dla radzieckiej floty podwodnej. Archipow dowodził całą flotyllą, znajdując się na pokładzie B-59.

Czytaj również:  Wacław Stachiewicz. Największa tajemnica szefa polskiego sztabu

Okręty dotarły w rejon Karaibów, ale Amerykanie byli czujni. 27 października niszczyciel USS Cony namierzył B-59 i rozpoczął się koszmar. Amerykańskie okręty przez ponad cztery godziny zrzucały bomby głębinowe, które wstrząsały radzieckim okrętem niczym zabawką. Wewnątrz kadłuba temperatura przekroczyła poziom wytrzymałości ludzkiego organizmu, akumulatory były na wyczerpaniu, a poziom tlenu spadał z każdą minutą.

Kapitanom Amerykanów wydawało się, że zmuszają radziecki okręt do wynurzenia się. Nie mieli pojęcia, że na pokładzie B-59 znajduje się torpeda z głowicą nuklearną o mocy jedenastu kiloton, niemal taka sama jak bomba zrzucona na Hiroszimę.

Trzy głosy, jeden sprzeciw

Kapitan Witalij Sawicki był wściekły i przerażony jednocześnie. Odcięty od łączności z Moskwą, atakowany przez wroga, nie wiedział nawet, czy na powierzchni nie wybuchła już wojna. W pewnym momencie Amerykanie trafili okręt czymś potężniejszym niż zwykłe bomby głębinowe. Sawicki stracił panowanie nad sobą.

Według relacji oficera Wadima Orłowa, kapitan wykrzyknął słowa, które mogły zmienić bieg historii: że zatopią Amerykanów, choćby mieli sami zginąć, że nie pozwolą plamić honoru radzieckiej marynarki. Nakazał przygotować atomową torpedę do wystrzału. Procedura wymagała jednak zgody trzech osób: dowódcy okrętu, oficera politycznego i dowódcy flotylli. Sawicki i oficer polityczny byli gotowi strzelać.

Archipow odmówił. W dusznym, rozgrzanym wnętrzu okrętu, otoczony spanikowanymi ludźmi, zachował zimną krew, której nauczyła go katastrofa K-19. Przeprowadził spokojną rozmowę z Sawickim, przekonując go, że atak torpedą nuklearną niemal na pewno rozpęta globalny konflikt atomowy. Według świadków miał powiedzieć tylko: uspokójcie się, towarzyszu.

Cena milczenia

B-59 wynurzył się i po kilku godzinach skierował do portu. Świat nigdy nie stanął w ogniu. Przez dziesięciolecia ta historia pozostawała tajna, znana jedynie wąskiemu gronu wtajemniczonych. Archipow nigdy nie zabiegał o sławę ani uznanie. Kontynuował służbę, awansując ostatecznie do stopnia wiceadmirała. Zmarł 19 sierpnia 1998 roku w Żeleznodorożnym, niemal zapomniany.

Czytaj również:  Pisarz, który opuścił Polskę tuż przed wojną i już nie wrócił

Dopiero po upadku Związku Radzieckiego świat dowiedział się, jak blisko zagłady znalazł się 27 października 1962 roku. Niektórzy historycy kwestionują szczegóły relacji Orłowa, twierdząc że przypadkowe wystrzelenie torpedy było bardziej prawdopodobne niż świadoma decyzja o ataku. Jednak nawet sceptycy przyznają, że obecność Archipowa na pokładzie B-59 stanowiła decydujący czynnik stabilizujący w sytuacji, która mogła wymknąć się spod kontroli.

O autorze: przez wieki

(Visited 380 times, 1 visits today)