
Pod koniec lipca 1944 roku dowództwo Armii Krajowej stanęło przed dylematem, który miał zaważyć na losach stolicy. Jeszcze kilkanaście dni wcześniej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” kategorycznie wykluczał możliwość powstania w Warszawie. Seria dramatycznych wydarzeń na frontach i w samej Trzeciej Rzeszy sprawiła jednak, że kalkulacje polskiego podziemia uległy radykalnej zmianie.
Pierwotny plan
Akcja „Burza” w swoich założeniach przewidywała zupełnie inny scenariusz dla Warszawy niż ten, który ostatecznie zrealizowano. Oddziały podziemia miały gromadzić się poza granicami miasta i wkroczyć do niego dopiero po niemieckim odwrocie lub ramię w ramię z nacierającą Armią Czerwoną. Taki model sprawdził się podczas wyzwalania Wilna i Lwowa, gdzie pomimo ograniczonych możliwości bojowych AK udało się współdziałać z Sowietami.
Doświadczenia kresowe dostarczyły jednak gorzkich lekcji wykraczających poza samą fazę walki. Po zakończeniu operacji wojskowych NKWD systematycznie aresztowało oficerów polskiego podziemia, a szeregowych żołnierzy rozbrajano lub wcielano do armii generała Berlinga.
Komenda Główna AK zdawała sobie sprawę z takiego mechanizmu, a mimo to jeszcze w lipcu kierowała transporty uzbrojenia na wschód, zmniejszając i tak skromne rezerwy przeznaczone dla okręgu warszawskiego.
Stanowisko gen. Komorowskiego wyrażone 14 lipca nie pozostawiało złudzeń co do oceny sytuacji. Dowódca AK wskazywał na rozbudowane niemieckie przygotowania obronne, obejmujące fortyfikowanie każdego zajmowanego budynku za pomocą bunkrów i zasieków z drutu kolczastego. W jego opinii przy takim stanie rzeczy zbrojne wystąpienie w stolicy nie miało żadnych szans powodzenia.
Generał Okulicki
Kluczową postacią, która przekonała dowództwo do zmiany strategii, okazał się gen. Leopold Okulicki noszący pseudonim „Niedźwiadek”. Jego argumentacja koncentrowała się na dwóch zasadniczych kwestiach: praktycznej niemożliwości realizacji pierwotnego planu oraz politycznej stawce, jaką było wyprzedzenie Sowietów. Okulicki przekonywał, że potajemne wyprowadzenie tysięcy uzbrojonych konspiratorów z miasta pochłonęłoby zbyt wiele cennego czasu w sytuacji, gdy front przesuwał się z zawrotną prędkością.
Prawdziwym motorem decyzji była jednak kalkulacja polityczna o znacznie szerszym zasięgu. Okulicki wierzył, że zdobycie Warszawy przez siły polskie przed wkroczeniem Armii Czerwonej postawi Moskwę przed jednoznacznym wyborem. Kreml musiałby albo uznać Armię Krajową i rząd emigracyjny jako prawowitych reprezentantów Polski, albo otwarcie złamać polski opór na oczach całego świata, narażając się na międzynarodową kompromitację.
Ta wizja wyrastała z frustracji po dotychczasowych doświadczeniach akcji „Burza”. Mimo wspólnych sukcesów militarnych na Kresach Związek Sowiecki konsekwentnie odmawiał traktowania struktur Polskiego Państwa Podziemnego jako partnera politycznego. Okulicki liczył, że spektakularne opanowanie stolicy odmieni tę sytuację i zmusi Stalina do ustępstw, których nie udało się wywalczyć ani pod Wilnem, ani pod Lwowem.
Seria ryzykownych wydarzeń
Ostatnie dni lipca przyniosły informacje, które zdawały się potwierdzać optymistyczne prognozy zwolenników powstania. Zamach na przywódcę Trzeciej Rzeszy przeprowadzony 20 lipca przez grupę oficerów Wehrmachtu sugerował głęboki kryzys wewnątrz niemieckiego aparatu władzy. Dla polskich planistów był to sygnał, że morale przeciwnika może załamać się równie gwałtownie jak w listopadzie 1918 roku, gdy cesarska armia przestała istnieć niemal z dnia na dzień.
Równocześnie ulice Warszawy zapełniały się żołnierzami cofającymi się w nieładzie przed sowiecką ofensywą. Widok zdezorganizowanych kolumn wojskowych i zdemoralizowanych oddziałów wzmacniał przekonanie, że Niemcy nie będą w stanie stawić skutecznego oporu w mieście. Front przesuwał się na zachód tak szybko, że wielu obserwatorów spodziewało się pojawienia się czołgów sowieckich na przedmieściach stolicy w ciągu kilku dni.
31 lipca o godzinie osiemnastej gen. Komorowski podjął ostateczną decyzję i wyznaczył rozpoczęcie walk na następny dzień, na godzinę siedemnastą. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej ten sam człowiek pisał o braku jakichkolwiek widoków na powodzenie zbrojnego wystąpienia. Zmiana była tak radykalna, że trudno ją wytłumaczyć wyłącznie nowymi danymi wywiadowczymi. W grę wchodziła także presja czasu, obawa przed utratą historycznej szansy i wiara w to, że determinacja może zrównoważyć przewagę materialną przeciwnika.
Niedokładna kalkulacja
Analizując decyzję o wywołaniu powstania, nie sposób pominąć tego, czego dowództwo AK nie mogło wiedzieć lub świadomie zignorowało. Niemieckie przygotowania obronne, które sam Komorowski opisywał jako przemianę każdego budynku w fortecę, nie zniknęły przecież w ciągu tygodnia. Zapasy broni i amunicji pozostawały dramatycznie niewystarczające, dodatkowo uszczuplone przez wcześniejsze transporty na wschód.
Założenie o szybkim załamaniu się niemieckiego oporu opierało się na analogii historycznej, która okazała się całkowicie błędna. W przeciwieństwie do sytuacji z 1918 roku, Trzecia Rzesza dysponowała nadal sprawnym aparatem represji i zdeterminowanymi jednostkami zdolnymi do brutalnego tłumienia powstań. Co więcej, sowiecka ofensywa zatrzymała się na przedpolach Warszawy, odbierając powstańcom nadzieję na szybkie wsparcie z zewnątrz.
Polityczna kalkulacja Okulickiego również nie sprawdziła się w praktyce. Stalin nie stanął przed żadnym dylematem moralnym i przez sześćdziesiąt trzy dni powstania Armia Czerwona pozostawała bezczynna na prawym brzegu Wisły.
Świat obserwował zagładę walczącej Warszawy, lecz nie wywołało to żadnych konsekwencji dla Związku Sowieckiego. Rachunek, który miał zmusić Kreml do uznania polskiej suwerenności, przyniósł rezultat dokładnie odwrotny od zamierzonego.
