
W hierarchii napoleońskich bohaterów panuje porządek ustalony przez legendę, nie przez fakty. Kozietulski ma obszerną biografię i pomniki, Jerzmanowski nie ma nawet pewnej daty urodzin. A przecież to właśnie ten drugi, według znawców epoki, zasługiwał na miano najwybitniejszego polskiego szwoleżera tamtych czasów.
Legioniści bez ojczyzny
Pod koniec XVIII wieku młody szlachcic z ubogiego rodu miał do wyboru służbę w armii zaborcy albo desperacką ucieczkę do formacji, która oficjalnie nie powinna istnieć. Jerzmanowski wybrał to drugie. Miał dwadzieścia lat, gdy przekradł się do Legii Naddunajskiej, tworzonej z polskich jeńców armii austriackiej pod okiem generała Karola Kniaziewicza.
Legia była czymś więcej niż oddziałem wojskowym. Dla Polaków rozproszonych po Europie stanowiła namiastkę utraconego państwa, miejsce gdzie można było służyć pod własnym sztandarem. Awanse przychodziły szybko, bo brakowało ludzi, a ci którzy byli, ginęli w kolejnych kampaniach.
We wrześniu 1800 roku Jerzmanowski został podporucznikiem, cztery miesiące później porucznikiem. Walczył pod Hohenlinden w Armii Renu generała Moreau, jednej z najskuteczniejszych formacji rewolucyjnej Francji.
Pokój w Luneville położył kres tej przygodzie. Traktat zabraniał Francji i Austrii utrzymywania obcych formacji, więc Legię przekazano nowemu królestwu Etrurii niczym niechciany mebel. Wielu oficerów, w tym sam Kniaziewicz, podało się do dymisji. Jerzmanowski dołączył do nich w sierpniu 1801 roku. Miał dwadzieścia dwa lata i już za sobą dwie kampanie wojenne. Nie wiedział jeszcze, że prawdziwe wyzwania dopiero nadejdą.
Magnaci i ich pułk
Gdy Napoleon w 1807 roku tworzył elitarny pułk polskich szwoleżerów gwardii, kierował się nie tyle kompetencjami, co dyplomacją. Chodziło o przyciągnięcie polskiej arystokracji, nie o nagrodzenie weteranów. Wincenty Krasiński objął dowództwo, młodzi Kozietulski i Łubieński dostali szwadrony. Jerzmanowski, mimo dziesięcioletniego doświadczenia bojowego, musiał zadowolić się kapitaństwem.
Ta degradacja względem młodszych i mniej doświadczonych kolegów mogłaby złamać niejednego żołnierza. Gąsiorowski pisał, że ambicja żarła pana Pawła, że szarpała go gorycz, ale on ani słowem nie wspomniał o sobie. W pułku rozdawano ordery i nominacje, a o Jerzmanowskim jakby zapomniano.
Dopiero w 1811 roku, po dwunastu latach służby, otrzymał stopień szefa szwadronu. I to równocześnie z oficerami, którzy zaczynali karierę jako porucznicy, gdy on był już weteranem.
Ironia losu sprawiła, że przydzielono mu trzeci szwadron, ten który nosił sławę szarży pod Somosierrą, ale jednocześnie uchodził w sztabie za najgorszy w całym pułku. Arystokratyczna kasta oficerska nie zamierzała ułatwiać życia człowiekowi bez tytułu i koneksji. A jednak to właśnie Jerzmanowski miał okazać się najtrwalszym elementem tej jednostki.
Od Austerlitz do Waterloo
Bitwa trzech cesarzy pod Austerlitz w grudniu 1805 roku była dla Jerzmanowskiego czymś więcej niż kolejnym starciem. Na jednym polu walki spotkali się władcy wszystkich trzech mocarstw, które rozszarpały Polskę. Napoleon rozbił armię austriacko-rosyjską, a polski oficer służący wówczas jako adiutant generała Ordenera mógł obserwować upokorzenie zaborców. To musiało smakować szczególnie.
Kolejne lata przyniosły nieprzerwaną serię kampanii. Prusy w 1806 roku, potem znowu Austria w 1809. Pod Wagram szwoleżerowie stoczyli najkrwawszą bitwę w dziejach pułku, a Jerzmanowski wylądował w wiedeńskim lazarecie z ranami wymagającymi długiego zabliźnienia. Ale nawet hospitalizacja była tylko przerwą, nie końcem. Jerzmanowski wracał do służby za każdym razem gdy tylko mógł stanąć na nogach.
Kampania rosyjska 1812 roku pochłonęła większość Wielkiej Armii. Polskie jednostki, w tym szwoleżerowie gwardii, poniosły straty, z których nigdy w pełni się nie podniosły.
A jednak Jerzmanowski trwał. Towarzyszył Napoleonowi na Elbę, gdy cesarz poszedł na pierwsze wygnanie. Wrócił z nim podczas Stu Dni i walczył do ostatniego strzału pod Waterloo. Ośmioletnia epopeja szwoleżerska zakończyła się na belgijskich polach, ale Jerzmanowski przeżył to, czego nie przeżyła większość jego towarzyszy broni.
Mit silniejszy od faktów
Dlaczego Kozietulski stał się symbolem polskiej kawalerii napoleońskiej, a Jerzmanowski pozostał w cieniu? Historycy wojskowości wskazują na mechanizm działania legendy. Szarża pod Somosierrą trwała kilka minut i była spektakularna, łatwa do opowiedzenia i zapamiętania. Wieloletnia służba pełna mniejszych, ale równie ryzykownych wyczynów nie tworzy tak czytelnej narracji.
Waldemar Łysiak, jeden z nielicznych autorów dostrzegających tę niesprawiedliwość, pisał wprost że powinno się mówić Jerzmanowski i inni, a nie odwrotnie. Nazywał go najznakomitszym szwoleżerem polskim doby napoleońskiej, człowiekiem który zyskał kolosalny mir w armii dzięki brawurowym czynom. Ale nawet najgłośniejsze pochwały nie przełamią muru zbudowanego przez pokolenia historyków skupionych na bardziej fotogenicznych bohaterach.
Po upadku Napoleona Jerzmanowski wrócił do służby w Królestwie Polskim, gdzie w 1820 roku otrzymał tytuł barona. Ożenił się z Francuzką Marią Anną Józefą Desormaux jeszcze w 1815 roku w Tours, tuż przed Waterloo. W 1831 roku, już jako generał, próbował ostatni raz zmienić bieg historii, organizując w Paryżu wyprawę morską mającą dostarczyć broń powstańcom na Litwie. Wyprawa się nie powiodła, ale sam fakt że kilkudziesięcioletni weteran nadal szukał sposobu by walczyć o Polskę, mówi więcej o jego charakterze niż wszystkie ordery razem wzięte.
Grób Jerzmanowskiego znajduje się na Montmartre, niedaleko miejsca spoczynku Juliusza Słowackiego. Poeta doczekał się ekshumacji i powrotu do kraju, generał spoczywa tam nadal, zapomniany nawet przez tych którzy powinni pamiętać.
