
Jan Rodowicz pseudonim Anoda należał do legendy Batalionu Zośka i Grup Szturmowych Szarych Szeregów. Powstaniec warszawski, kawaler Virtuti Militari, po wojnie nie złożył broni wobec nowej władzy. Jego śmierć w styczniu 1949 roku w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego pozostaje jedną z najbardziej mrocznych zagadek powojennej Polski.
Konspirator, który walczył
Kiedy w początkach 1945 roku dwudziestodwuletni Rodowicz opuszczał szpital w Otwocku, Polska zmieniała się w państwo satelickie Moskwy. Większość jego rówieśników próbowała odnaleźć się w nowej rzeczywistości, szukając normalności po latach okupacji. Anoda wybrał inną drogę i niemal natychmiast nawiązał kontakt z dawnymi towarzyszami broni z Batalionu Zośka, którzy przeżyli powstanie warszawskie.
Wkrótce stanął na czele oddziału dyspozycyjnego podlegającego legendarnemu pułkownikowi Janowi Mazurkiewiczowi Radosławowi, szefowi Obszaru Centralnego Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. Prowadził akcje propagandowe wymierzone w komunistyczny aparat władzy, rozpoznawał siedziby Urzędów Bezpieczeństwa i więzienia. Ochraniał też tajne odprawy dowództwa podziemia, ryzykując życiem każdego dnia.
Po rozwiązaniu Delegatury w sierpniu 1945 roku Rodowicz ukrył część broni, lecz formalnie ujawnił się przed Komisją Likwidacyjną byłej Armii Krajowej. Ten pozorny powrót do normalności nie oznaczał jednak kapitulacji wobec nowego porządku.
Anoda rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, jednocześnie poświęcając się upamiętnianiu poległych kolegów i tworzeniu archiwum swojego batalionu.
Strażnik pamięci
Działalność Rodowicza po wojnie wykraczała daleko poza zwykłą nostalgię za latami konspiracji. Wraz z innymi weteranami Batalionu Zośka zajął się ekshumacjami i godnymi pochówkami towarzyszy broni na cmentarzu Powązkowskim. Tworzył kwatery powstańcze, przywracając poległym tożsamość, którą usiłowała wymazać nowa władza.
Wykorzystując krótki okres pracy w kancelarii Komisji Likwidacyjnej, sporządził wraz z kolegami listy ewidencyjne poległych i zaginionych żołnierzy batalionu. Stał się inicjatorem utworzenia Archiwum Batalionu Zośka, zachęcając ocalałych do spisywania wspomnień i zabezpieczania dokumentów historycznych. Ta systematyczna praca dokumentacyjna stanowiła akt cichego oporu wobec komunistycznej polityki historycznej.
Dla Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego młody student architektury pozostawał jednak przede wszystkim niebezpiecznym konspiratorem z przeszłością w antykomunistycznym podziemiu.
Wiedza o ukrytej broni i rozległe kontakty w środowisku byłych żołnierzy AK czyniły go cennym obiektem zainteresowania bezpieki. Wigilia 1948 roku miała być ostatnią, którą Anoda spędził na wolności.
Śmierć na Koszykowej
Funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali Rodowicza 24 grudnia 1948 roku w mieszkaniu przy ulicy Lwowskiej. Trafił do siedziby MBP przy Koszykowej, gdzie podlegał Wydziałowi IV kierowanemu przez podpułkownika Wiktora Herera. Czternaście dni później, 7 stycznia 1949 roku, był już martwy.
Prokuratura i Urząd Bezpieczeństwa ogłosiły, że przyczyną zgonu był skok samobójczy z okna czwartego piętra budynku. Ciało potajemnie przewieziono do zakładu pogrzebowego, a następnie anonimowo pochowano na Powązkach. Rodzinę powiadomiono o śmierci syna dopiero 1 marca, niemal dwa miesiące po jego aresztowaniu.
Dopiero dzięki informacji od grabarza bliscy Anody zdołali w połowie marca przeprowadzić ekshumację i przenieść trumnę do rodzinnego grobu. Komunistyczne władze najwyraźniej liczyły, że jeden z bohaterów Szarych Szeregów zniknie bez śladu, pochowany w bezimiennej mogile. Nie przewidziały jednak, że prawda o okolicznościach jego śmierci będzie przez dziesięciolecia domagać się ujawnienia.
Znikające dokumenty
Historia teczki personalnej Anody, na którą w sierpniu 1969 roku natknęła się pracownica Centralnego Archiwum MSW Leonarda Rodowicz, brzmi jak scenariusz filmu szpiegowskiego. Kobieta twierdziła, że znalazła w niej druk z adnotacją sugerującą zastrzelenie więźnia podczas próby ucieczki. Następnego dnia dokumenty zniknęły, a ona sama straciła pracę w archiwum.
Próby odnalezienia tych materiałów w 1990 roku zakończyły się fiaskiem. Ministerstwo Sprawiedliwości, do którego rzekomo je przekazano, nie dysponowało żadnymi aktami dotyczącymi sprawy Rodowicza. Późniejsza analiza dokumentów osobowych samej Leonardy Rodowicz wykazała jednak, że jej relacja mogła być nieprecyzyjna, a materiały niekoniecznie zawierały informację o zastrzeleniu.
Najbardziej wiarygodnym świadectwem pozostaje relacja doktora Konrada Okolskiego, dyrektora Szpitala Dzieciątka Jezus. W prywatnej rozmowie z ojcem Anody zdradził on, że profesor Wiktor Grzywo-Dąbrowski potajemnie przeprowadził nocną sekcję zwłok i odmówił podpisania sfałszowanego protokołu przedłożonego przez funkcjonariuszy. Oględziny wykazały liczne obrażenia świadczące o brutalnym pobiciu, w tym wgniecioną klatkę piersiową. Jan Rodowicz nie odebrał sobie życia w gmachu bezpieki. Życie mu odebrano.
