Operacja Dragoon. Tak alianci zamknęli Niemców w pułapce

Latem 1944 roku alianci uderzyli na Francję z dwóch stron jednocześnie. O ile lądowanie w Normandii przeszło do historii jako symbol D-Day, o tyle operacja Dragoon na południu kraju pozostaje często w cieniu swojej słynniejszej siostry – niesłusznie, bo to właśnie ona pozwoliła błyskawicznie wyzwolić strategiczne porty śródziemnomorskie i ostatecznie zamknąć niemieckie wojska w śmiertelnych kleszczach.

Plan, który musiał poczekać

Pierwotnie alianccy stratedzy marzyli o jednoczesnym uderzeniu na Francję z północy i południa. Wyobraźmy sobie olbrzymi młot spadający na Normandię i kowadło czekające w Prowansji – stąd zresztą pierwotna nazwa operacji: Anvil, czyli właśnie „kowadło”. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Nawet potężna aliancka machina wojenna nie była w stanie przeprowadzić dwóch gigantycznych operacji desantowych w tym samym czasie.

Operację na południu odłożono więc na później, ale los sprawił, że to opóźnienie ostatecznie wyszło aliantom na dobre. Kiedy w lipcu 1944 roku walki w Normandii utknęły w martwym punkcie, a zatłoczone porty na północy nie nadążały z rozładunkiem zaopatrzenia, dowództwo alianckie sięgnęło po zakurzone plany prowansalskiej inwazji. Do głosu doszli również Francuzi – generał Jean de Lattre de Tassigny i jego Armia B domagali się udziału w wyzwalaniu własnej ojczyzny.

Czy można się im dziwić? Po czterech latach okupacji francuscy żołnierze rwali się do walki. A prestiż narodowy wymagał, by to właśnie oni odegrali kluczową rolę w wyzwoleniu południa swojego kraju.

Lazurowe Wybrzeże w ogniu

15 sierpnia 1944 roku, podczas gdy turyści w innych czasach opalaliby się na plażach Riwiery Francuskiej, amerykański VI Korpus ruszył do szturmu. Wspierała go potężna armada – setki okrętów i samolotów, które całkowicie zdominowały niebo nad Prowansją. Niemcy zostali zaskoczeni nie tylko siłą uderzenia, ale przede wszystkim jego kierunkiem.

Co zastali alianci po drugiej stronie? Niemiecką 19 Armię, która z prawdziwą armią miała niewiele wspólnego. Większość wartościowych jednostek dawno przeniesiono na północ, do desperackiej obrony przed siłami lądującymi w Normandii. Na południu pozostały głównie tak zwane Ostlegiony – formacje złożone z jeńców wojennych ze Wschodu, wyposażone w przestarzały sprzęt obcej produkcji. Umocnienia obronne również nie dorównywały słynnemu Wałowi Atlantyckiemu.

Czytaj również:  Dla jednych bożyszcze, dla innych wróg. Jak wyglądało życie osobiste Winstona Churchilla?

Rezultat był przewidywalny. Przy wsparciu francuskiego ruchu oporu, który masowo powstał na tyłach wroga, alianci przełamali niemiecką obronę niemal błyskawicznie. Tempo natarcia zaskoczyło nawet samych dowódców.

Wyścig doliną Rodanu

Niemcy zrozumieli, że obrona południa Francji nie ma sensu i zarządzili odwrót na północ przez dolinę Rodanu. Ich celem było ustanowienie stabilnej linii obrony pod Dijon – miastem położonym na skrzyżowaniu kluczowych szlaków komunikacyjnych. Rozpoczął się dramatyczny wyścig, w którym stawką było przetrwanie całej niemieckiej Grupy Armii G.

Alianci rzucili w pościg swoje najbardziej mobilne jednostki. Pod Montélimar doszło do zaciętej bitwy, gdy Amerykanie próbowali zablokować cofającym się Niemcom drogę ucieczki. Walki przybrały charakter impasu – żadna ze stron nie mogła osiągnąć decydującego przełomu. Ostatecznie Niemcom udało się wyrwać z pułapki, ale ich straty były olbrzymie.

W tym samym czasie Francuzi de Tassigny’ego skierowali się na zachód, ku dwóm największym portom śródziemnomorskim – Marsylii i Tulonowi. Zdobycie tych miast miało strategiczne znaczenie, które trudno przecenić. Porty te mogły przyjąć ogromne ilości zaopatrzenia, którego tak desperacko potrzebował aliancki front zachodni.

Połączenie frontów

Niemcom nie udało się utrzymać Dijon. Naczelne dowództwo Wehrmachtu, widząc beznadziejność sytuacji, nakazało całkowity odwrót z południowej Francji. Grupa Armii G wycofywała się coraz dalej na północ, ścigana przez zmotoryzowane kolumny alianckie. Dopiero w Wogezach – górskim paśmie na granicy z Niemcami – udało im się wreszcie ustanowić stabilną linię obrony.

W połowie września 1944 roku nastąpił historyczny moment: wojska idące z południa spotkały się z jednostkami amerykańskiej 3 Armii nacierającej z Normandii. Front zachodni stał się rzeczywistością – ciągła linia bojowa rozciągała się teraz od Morza Północnego po Morze Śródziemne. Dla Niemców oznaczało to katastrofę strategiczną.

Czytaj również:  Zginął tragicznie. Tak umierał brat Francisco Franco

14 września ofensywa została wstrzymana. Alianci potrzebowali reorganizacji po błyskawicznym marszu, a Niemcy zdołali wreszcie stawić zorganizowany opór. Ale bilans czterech tygodni mówił sam za siebie.

Cena zwycięstwa

Operacja Dragoon kosztowała aliantów około 25 tysięcy zabitych i rannych. Niemcy stracili ponad 150 tysięcy żołnierzy – większość jako jeńców wojennych. Ta dysproporcja najlepiej pokazuje, jak jednostronny był ten pojedynek. Słabe, zdezorganizowane niemieckie siły nie miały szans wobec przewagi powietrznej, morskiej i lądowej przeciwnika.

Czy operacja była konieczna? Winston Churchill do końca pozostawał sceptyczny, uważając że lepiej byłoby skierować te siły na Bałkany. Amerykanie i Francuzi myśleli jednak inaczej – i historia przyznała im rację. Porty w Marsylii i Tulonie szybko stały się kluczowymi węzłami zaopatrzeniowymi, bez których dalsze natarcie na Niemcy byłoby znacznie trudniejsze.

Operacja Dragoon udowodniła również, że francuska armia wróciła do gry. Żołnierze de Tassigny’ego walczyli z determinacją ludzi, którzy wyzwalają własny dom. A masowe powstanie ruchu oporu pokazało, że cztery lata okupacji nie złamały ducha narodu. Południe Francji było wolne – i tym razem już na zawsze.

O autorze: przez wieki

(Visited 385 times, 1 visits today)