Bill Haast. Jego krew ratowała ludzi po ukąszeniach węży
Bill Haast wstrzykiwał sobie jad węży przez ponad sześć dekad i dożył setki. Łapał kobry gołymi rękami przed publicznością, a jego krew ratowała ludzi, do których nie zdążyła dotrzeć surowica. Brzmi jak postać wymyślona przez scenarzystę, tyle że wszystko zdarzyło się naprawdę.
Chłopiec, którego nie zniechęcił grzechotnik
Większość dzieci po ukąszeniu jadowitego węża omija krzaki szerokim łukiem do końca życia. Bill Haast zareagował odwrotnie. Jako nastolatek poczuł zęby grzechotnika i mokasyna błotnego, a zamiast wystraszyć się gadów, zaczął zwozić je do domu i trzymać w pudłach.
W wieku piętnastu lat radził sobie już z odciąganiem jadu, czyli czynnością, którą dorośli hodowcy traktują z najwyższą ostrożnością. Rok później rzucił szkołę. Trudno powiedzieć, czy bardziej pociągało go ryzyko, czy dziwna fascynacja zwierzętami, których inni panicznie się bali.
Później trafił na Florydę i nauczył się chwytać gady na bagnach Everglades. Stamtąd była już prosta droga do zawodu, który zdefiniował resztę jego życia.
Mechanik z kobrą w bagażu
Przez lata Haast zarabiał jako mechanik i inżynier pokładowy w liniach Pan Am. Z każdej trasy do Ameryki Południowej, Afryki i Indii wracał z żywym łupem.
Przepisy o przewozie zwierząt jadowitych były wtedy łagodne, więc kobra w bagażu nie budziła emocji, jakich budziłaby dzisiaj.
W 1947 roku otworzył Miami Serpentarium. Żona nie była zachwycona pomysłem, a personelu w pierwszych latach dostarczała wyłącznie rodzina. Klienci przychodzili oglądać człowieka, który wkładał dłoń do terrarium z taką swobodą, z jaką inni sięgają po szklankę wody.
W najlepszym okresie ośrodek mieścił ponad pięćset węży. Haast potrafił pozyskiwać jad nawet sto razy dziennie, na oczach widzów, którzy zamierali za każdym razem.
Na ratunek innym
Najbardziej brawurowy eksperyment Haast prowadził na sobie samym. Przez sześćdziesiąt lat wstrzykiwał sobie malutkie dawki mieszanek jadów i powoli budował odporność. Sam nazywał to samouodpornianiem, choć metoda miała poważną lukę: chroniła przed jednymi gatunkami, a wobec innych zostawiała go bezbronnego.
Przekonał się o tym po ukąszeniu kraita. Liczył na ochronę wypracowaną przeciwko jadowi kobr i zwlekał z leczeniem dłużej, niż powinien. W sumie miał przetrwać sto siedemdziesiąt trzy ukąszenia, a około dwudziestu z nich postawiło go na granicy śmierci.
Z tej osobliwej kariery wzięła się rzecz najpiękniejsza w jego biografii. We krwi Haasta krążyły przeciwciała, które ratowały innych.
Gdy w szpitalu brakowało surowicy, sięgano po jego krew, a uratowanych osób miało być ponad dwadzieścia. Raz wsiadł w samolot i poleciał do wenezuelskiej dżungli, aby oddać krew chłopcu ukąszonemu przez węża.
Sto lat z jadem
Jad z hodowli Haasta trafiał do laboratoriów, między innymi do badań nad leczeniem polio prowadzonych jeszcze przed upowszechnieniem szczepionki Salka. Naukowcy zamawiali konkretne gatunki, on dostarczał.
Wszystko zmieniło się w 1977 roku, kiedy w fosie z krokodylami zginęło dziecko. Tragedia złamała Haasta i pchnęła go do zamknięcia dawnego Serpentarium. Pokazy ustały, choć z wężami nie rozstał się od razu.
Pożegnał się z jadowitymi gatunkami dopiero po ukąszeniu żmii malajskiej, które kosztowało go palec. Nawet wtedy nie zrezygnował z drobnych zastrzyków rozcieńczonego jadu i przyjmował je jeszcze jako dziewięćdziesięciosiedmiolatek. Dożył setki, zmarł w 2011 roku.
Wybór literatury
- Bill Haast dies at 100; snakes were the charm for south Florida celebrity [https://www.latimes.com/local/obituaries/la-me-bill-haast-20110621-story.html]
- Venom in His Veins [https://www.sciencehistory.org/stories/magazine/venom-in-his-veins/]