Zbrodnia doskonała sprzed wieków. Kto naprawdę ją zlecił?

Uchodzi w podręcznikach za władcę słabego, miękkiego i mało zaradnego. A jednak to właśnie on bywa wskazywany jako człowiek, który kazał otruć rodzonego bratanka. Władysław Herman miał motyw najsilniejszy ze wszystkich podejrzanych w sprawie śmierci Mieszka Bolesławowica, a śmierć młodego Piasta usuwała mu z drogi groźnego rywala do tronu. Czy nieudolny książę naprawdę posunął się do skrytobójstwa we własnej rodzinie?

Ilustracja poglądowa. Obraz K. GórskiegoIlustracja poglądowa. Obraz K. Górskiego
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Książę, który miał najwięcej do ugrania

Władysław Herman objął rządy w Polsce po tym, jak jego starszy brat, król Bolesław Śmiały, musiał uciekać z kraju po zabójstwie biskupa Stanisława. Władza, którą przejął, miała jednak słaby punkt. Herman wywodził się z młodszej linii, a w cieniu czaił się przedstawiciel linii starszej, syn koronowanego króla.

Tym człowiekiem był właśnie Mieszko Bolesławowic. To Herman sprowadził go z węgierskiego wygnania, wydzielił mu dzielnicę i wyprawił ślub.

Pozornie zachowywał się jak troskliwy opiekun. Z drugiej strony żaden inny władca w państwie nie zyskiwał na śmierci młodego Piasta tyle, ile on sam.

Mieszko jako syn króla mógł bowiem w przyszłości upomnieć się o tron oraz zagrozić sukcesji synów Hermana. Dla panującego księcia popularny i ambitny bratanek stanowił więc potencjalne zagrożenie, którego nie dało się lekceważyć.

To właśnie ten motyw sprawia, że wśród wszystkich podejrzanych Herman jest obciążony najmocniej.

Ważne poszlaki

Zwolennicy hipotezy o winie Hermana przedstawiają go jako władcę gotowego usunąć każde zagrożenie ze strony starszej linii dynastii. Na poparcie tej tezy wskazują splot wydarzeń z tego samego okresu, które miały świadczyć o jego dynastycznych kalkulacjach.

Mniej więcej wtedy, gdy Mieszko wrócił do kraju, żona Hermana, Judyta czeska, urodziła syna Bolesława, przyszłego Krzywoustego. Niedługo potem starszego, lecz pochodzącego z nieprawego łoża syna księcia, Zbigniewa, oddano na naukę do krakowskiej szkoły katedralnej, a następnie do klasztoru benedyktynek w Saksonii.

Posłanie Zbigniewa do szkoły, a potem do klasztoru, interpretowano jako zapowiedź odsunięcia go od dziedziczenia tronu. Zwracano uwagę, że chłopiec rozpoczął naukę dopiero w wieku około szesnastu lat, a więc zdecydowanie za późno. Gdyby ojciec rzeczywiście dbał o jego wykształcenie, posłałby go do Krakowa znacznie wcześniej.

Według tej interpretacji Herman porządkował właśnie sprawy sukcesji, robiąc miejsce dla nowo narodzonego prawowitego syna. Usunięcie Mieszka miałoby być częścią tego samego planu zabezpieczenia władzy dla własnej linii.

Słabości w dowodzeniu

Te efektowne sugestie mają jednak poważną wadę. Z jednej strony przydają charakteru Hermanowi, którego historiografia zwykle maluje jako władcę słabego i nieudolnego, z drugiej zaś nie znajdują potwierdzenia w faktach. Co więcej, w wielu punktach przeczą zwykłej logice.

Gdyby książę naprawdę planował zabójstwo bratanka, trudno wytłumaczyć, dlaczego zwlekałby z nim kilka lat. Mieszko zdążył w tym czasie wrócić do kraju, otrzymać dzielnicę, ożenić się i zbudować zaplecze polityczne. Skrytobójca działający z premedytacją uderzyłby raczej wcześniej, zanim ofiara umocni swoją pozycję.

Całą sprawę można jednak ustawić inaczej, jeśli przyjąć, że popularność Mieszka gwałtownie wzrosła tuż przed jego śmiercią. W takim wypadku Herman musiałby działać szybko, by zabezpieczyć własną władzę i sukcesję syna.

Brakuje jednak pewności, czy królewicz cieszył się aż takim poparciem. Wniosek ten można wyczytać między wierszami kroniki Galla Anonima, lecz kronikarz wyraźnie sympatyzował z Mieszkiem i mógł podkoloryzować jego znaczenie.

Ostatecznie całe podejrzenie wobec Hermana opiera się na jednym argumencie. To on zyskiwał na śmierci bratanka najwięcej, a tracił przy tym niewiele, bo jedynie pogorszenie stosunków z popierającymi Mieszka Węgrami.

Trzeba przyznać, że to zdecydowanie za mało, by jednoznacznie skazać księcia. O samym Hermanie wiadomo zresztą wciąż raczej mniej niż więcej, a jednostronny przekaz Galla tylko gmatwa sprawę.

Zagadka, która przetrwała tysiąc lat

Tysiąc lat później sprawa otrucia Mieszka Bolesławowica wciąż pozostaje otwarta. Nie znamy mordercy ani zleceniodawcy, nie wiemy nawet, jakiej trucizny użyto, by zakończyć życie dwudziestoletniego królewicza.

Pewne jest tylko jedno. Ktoś na tyle potężny i bezwzględny, by sięgnąć po truciznę przy pełnym biesiadnym stole, uznał syna Bolesława Śmiałego za zagrożenie, którego nie można dłużej tolerować. Czy był to czeski król, znienawidzony palatyn Sieciech, czy własny stryj zmarłego, zapewne nie dowiemy się nigdy.

Gall Anonim, opisując żałobę po Mieszku, dał się ponieść emocjom jak nigdzie indziej w swojej kronice, co samo w sobie świadczy o wadze tego wydarzenia. Polska straciła kogoś, kto mógł odmienić jej losy. Zamiast tego dostała kolejną nierozwikłaną zagadkę i kolejny grób, nad którym płakano dłużej niż nad niejednym koronowanym monarchą.

Źródło

Okładka książki KRYMINALNE DZIEJE PIASTÓW © Licencjodawca

Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki dr Mariusza Sampa "Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii" (Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2026). Książkę można zakupić na empik.com pod tym linkiem.

Wybrane dla Ciebie