Strażnik zasłabł przy sześciu więźniach. Żaden z nich nie uciekł

W czerwcu 2017 roku sześciu osadzonych z hrabstwa Polk w stanie Georgia pracowało na miejscowym cmentarzu pod nadzorem zastępcy szeryfa. Kiedy funkcjonariusz nagle stracił przytomność, nie wykorzystali okazji do ucieczki. Wezwali pomoc i zajęli się nim, dopóki na miejsce nie przybyli ratownicy.

Strażnik zasłabł przy sześciu więźniach. Żaden z nich nie uciekłStrażnik zasłabł przy sześciu więźniach. Żaden z nich nie uciekł
Źródło zdjęć: © Pexels - darmowy dostęp | Ron Lach

Zasłabł podczas pracy

12 czerwca grupa porządkowała cmentarz. Temperatura wynosiła około 24 stopni Celsjusza, ale wilgotność powietrza sięgała 100 procent. Nadzorujący osadzonych zastępca szeryfa już od rana źle się czuł.

Funkcjonariusz miał zdiagnozowaną malformację Chiariego, która wiązała się u niego z dodatkowymi problemami zdrowotnymi. Później przypuszczał, że jego stan pogorszyła bardzo wysoka wilgotność. Zaczął kaszleć i oddychać coraz szybciej, aż w końcu osunął się na ziemię.

Osadzeni natychmiast zauważyli, że dzieje się z nim coś złego, i pobiegli mu z pomocą. Jeden z nich wspominał później, że kiedy dotarli do zastępcy szeryfa, mężczyzna leżał już twarzą do ziemi.

Najpierw wezwali pomoc

Jeden z osadzonych wyjął telefon funkcjonariusza i zadzwonił pod numer 911. Pozostali ułożyli nieprzytomnego mężczyznę na plecach, zdjęli mu pas służbowy z bronią oraz kamizelkę, a następnie rozpięli koszulę, aby ułatwić mu oddychanie. Przygotowywali się również do rozpoczęcia resuscytacji.

Relacje dotyczące tego momentu nie są całkowicie zgodne. Według części z nich osadzeni rozpoczęli uciskanie klatki piersiowej.

Inne wskazują, że byli gotowi do podjęcia resuscytacji, ale zrezygnowali, gdy funkcjonariusz ponownie zaczął oddychać. Nie ulega natomiast wątpliwości, że cała szóstka pozostała przy nim i żaden z mężczyzn nie próbował uciec.

Taka możliwość nie była jedynie teoretyczna. Szeryf Johnny Moats zwracał później uwagę, że osadzeni mieli dostęp zarówno do broni funkcjonariusza, jak i do samochodu. Mimo to pozostali na miejscu aż do przyjazdu służb ratunkowych.

Łączyła ich codzienna praca

Ich reakcja nie wzięła się zupełnie znikąd. Zastępca szeryfa regularnie nadzorował tę grupę - przez siedem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Dzięki temu zdążyła się między nimi wytworzyć zwyczajna relacja oparta na codziennym kontakcie i wspólnej pracy.

Jeden z osadzonych, Greg Williams, tłumaczył później, że w tamtej chwili nie miało znaczenia, kto był więźniem, a kto funkcjonariuszem. Liczył się jedynie człowiek, który upadł i potrzebował natychmiastowej pomocy.

Zastępca szeryfa przeżył i po pewnym czasie wrócił do służby. Nie nadzorował już jednak ekip więziennych, lecz został przeniesiony do patrolu. Podkreślał później, że żaden z sześciu mężczyzn nie uciekł ani nie zrobił niczego, czego nie powinien.

Wybrane dla Ciebie