Mniej pracy i mniej pieniędzy
Lawrence w stanie Massachusetts było miastem fabryk włókienniczych. Zatrudnienie znajdowali w nich imigranci z różnych części Europy i Bliskiego Wschodu. Przy maszynach pracowali mężczyźni, kobiety, a także dzieci.
Początek 1912 roku przyniósł pozornie dobrą wiadomość. Prawo skróciło maksymalny tydzień pracy kobiet i osób poniżej 18. roku życia z 56 do 54 godzin.
Właściciele zakładów odpowiedzieli jednak w prosty sposób. Razem z czasem pracy zmniejszyli również wypłaty. Gdy 11 stycznia polskie robotnice z Everett Cotton Mills zobaczyły niższe wynagrodzenie, przerwały pracę.
Protest szybko objął kolejne fabryki. W strajku uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób.
Strajk kobiet
Robotników dzieliło pochodzenie i język, a wielu z nich wcześniej nie należało do żadnego związku zawodowego. Mimo to zdołali prowadzić wspólny protest, w którego organizację zaangażowało się Industrial Workers of the World.
Ważną rolę odgrywały kobiety. Pojawiały się na demonstracjach i pikietach nawet wtedy, gdy na ulicach znajdowała się uzbrojona milicja stanowa.
Z każdym kolejnym dniem pojawiał się jednak bardziej przyziemny problem. Strajkujący nie zarabiali, a ich rodziny nadal musiały coś jeść. W mieście uruchomiono kuchnie, a sympatycy protestu przysyłali pieniądze, ubrania oraz pomoc medyczną.
Dzieci wyjeżdżają z Lawrence
Organizatorzy znaleźli jeszcze jeden sposób na odciążenie rodzin. W lutym zaczęto wysyłać dzieci strajkujących do ludzi mieszkających w Nowym Jorku i innych miastach.
Miały tam dostać dach nad głową i regularne posiłki. Wyjazdy zwracały przy okazji uwagę na warunki życia robotniczych rodzin. Widok dzieci opuszczających Lawrence działał mocniej niż suche informacje o niskich zarobkach.
Kolejne grupy wyjeżdżały z miasta pod opiekę osób wspierających protest. Do czasu, aż władze postanowiły jeden z takich wyjazdów zatrzymać.
Policja zatrzymuje dzieci na dworcu
24 lutego na dworcu pojawili się policjanci i milicja stanowa. Mieli nie dopuścić do wyjazdu następnej grupy dzieci.
Interwencja szybko przybrała brutalny charakter. Funkcjonariusze bili zgromadzone matki, zatrzymywali uczestników i siłą powstrzymywali rodziny przed odjazdem.
To właśnie te sceny sprawiły, że strajkiem zaczęto interesować się daleko poza Lawrence. Spór o płace w fabrykach stał się sprawą, o której mówiło się w całym kraju.
Tematem zainteresowała się również Izba Reprezentantów. Do Waszyngtonu pojechali robotnicy oraz dzieci, które mogły opowiedzieć o warunkach pracy i wydarzeniach w Lawrence.
14-latka zeznaje przed Kongresem
Wśród nich znalazła się Camella Teoli. Miała zaledwie 14 lat i pracowała w American Woolen Company.
Dziewczynka opowiedziała komisji, w jaki sposób trafiła do fabryki. Jej ojciec zapłacił cztery dolary za dokument, dzięki któremu można było przedstawić ją jako wystarczająco zdolną do pracy.
Najbardziej zapadała jednak w pamięć historia jej wypadku. Włosy Camelli zostały wciągnięte przez maszynę, która zerwała jej część skóry głowy.
Nastolatka spędziła siedem miesięcy w szpitalu, a w chwili składania zeznań nadal się leczyła. Wśród osób słuchających jej wystąpienia znajdowała się Helen Taft, żona prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Strajk przynosi podwyżki
Protest zakończył się w marcu. Pracodawcy zgodzili się na podwyżki, wyższe stawki za nadgodziny oraz na to, by nie karać uczestników strajku za udział w proteście.
W większości zakładów pracownicy wrócili do pracy 14 marca. Nie wszyscy dostali jednak takie same podwyżki, a późniejsze przyspieszanie pracy maszyn i związane z nim bezrobocie ograniczyły część wywalczonych korzyści.
Strajk w Lawrence zapamiętano jednak również z innego powodu. W jednym proteście spotkali się imigranci mówiący różnymi językami, kobiety oraz bardzo młodzi robotnicy. A wydarzeniem, które najmocniej zwróciło uwagę opinii publicznej, nie była sama walka o pieniądze, lecz scena na dworcu i dzieci, którym nie pozwolono wyjechać.