Antoni Koryga. Najbardziej brutalny przywódca rabacji galicyjskiej
Antoni Koryga zapisał się w dziejach Galicji jako jeden z najbardziej bezwzględnych przywódców chłopskiego zrywu z 1846 roku. Zanim stanął na czele zbuntowanych włościan, zdążył już zbudować sobie ponurą reputację herszta bandyckiej szajki terroryzującej okolice Bruśnika.
Zbójnik spod Ciężkowic
Wieś Tursko pod Ciężkowicami wydała na świat człowieka, którego życie od początku naznaczone było piętnem nędzy i przemocy. Antoni Koryga przyszedł na świat w maju 1814 roku, a już przed ukończeniem pierwszego roku życia stracił ojca. Osierocony chłopiec dorastał w realiach galicyjskiej biedy, która dla wielu stawała się usprawiedliwieniem dla wejścia na drogę przestępstwa.
Jeszcze przed wydarzeniami roku 1846 Koryga zdążył zdobyć rozgłos jako herszt bandy grasującej w okolicach Bruśnika. Miejscowy rządca Nikodem Goyski wspominał go później jako człowieka karanego za zabójstwo, rabunki i liczne kradzieże.
Działalność przestępcza Korygi przybrała formy niemal zorganizowane, co świadczyło o jego zdolnościach przywódczych i bezwzględności w egzekwowaniu posłuszeństwa.
W 1843 roku banda Korygi napadła na majątek żydowskiego mieszkańca Bruśnika. Schwytanie herszta wymagało interwencji dwunastu żołnierzy pod dowództwem Goyskiego. Mimo postawienia przed sądem, Koryga zdołał uniknąć surowej kary i jesienią 1845 roku odzyskał wolność. Ta pozorna bezkarność miała wkrótce zaowocować znacznie tragiczniejszymi wydarzeniami.
Fałszywe rozkazy i prawdziwa krew
Luty 1846 roku przyniósł Galicji Zachodniej falę chłopskich wystąpień, które przeszły do historii pod nazwą rabacji galicyjskiej. Koryga błyskawicznie wykorzystał nadarzającą się okazję do realizacji własnych celów pod pozorem ludowego zrywu. Około dwudziestego lutego stanął na czele oddziału chłopskiego, który miał siać terror między Bogoniowicami a Grybowem.
Metody mobilizacji stosowane przez Korygę ujawniały wyrafinowaną perfidię człowieka doskonale rozumiejącego mentalność swoich ziomków. Rozesłał po okolicznych wsiach wezwania do rabunku, dołączając do nich przypadkowe kawałki papieru jako rzekome rozkazy pisemne od władz. Niepiśmienni chłopi nie mogli zweryfikować autentyczności tych dokumentów, a autorytet pisanego słowa działał na ich wyobraźnię z siłą nieodpartego nakazu.
Podczas wiecowania ze zgromadzonymi włościanami Koryga odgrywał komedię odczytywania rzekomych obwieszczeń państwowych i lokalnych. Wedle tych sfałszowanych dokumentów władze miały udzielić chłopom przyzwolenia na rabunek i zniszczenie dworów szlacheckich. To świadome kłamstwo otwierało wrota dla fali przemocy, której skala przerosła najgorsze obawy.
Trzydzieści dworów w ogniu
Oddział Korygi w ciągu zaledwie kilku dni rozgromił szereg posiadłości ziemiańskich na rozległym obszarze. Według relacji Nikodema Goyskiego łupem padło trzydzieści dworów, choć nie we wszystkich dochodziło do rozlewu krwi.
Wśród zdobytych obiektów znalazł się między innymi dwór Długoszewskich w Bobowej, nazywany przez okoliczną ludność zamkiem ze względu na swoją okazałość.
Bestialstwo towarzyszące niektórym napadom przekraczało granice wyobraźni nawet jak na standardy epoki przyzwyczajonej do brutalności. Ofiary ginęły bite cepami, ze złamanymi kośćmi, cięte siekierami. Niektórym wyrywano wnętrzności lub tratowano końmi. Te makabryczne szczegóły zachowały się w raportach władz austriackich oraz późniejszych relacjach ocalałych ziemian.
Zarówno urzędnicy cesarscy, jak i przedstawiciele szlachty zgodnie określali Korygę mianem rabusia i zbójcy, wyraźnie odróżniając jego działalność od wystąpień innych przywódców chłopskich. Nawet żona Jakuba Szeli, składając podanie o ułaskawienie męża, dystansowała się od band działających zbrodniczo na własną rękę, mając na myśli między innymi właśnie Korygę.
Bezkarność aż po grób
Gdy fala powstańcza zaczęła opadać, Koryga rozważał ucieczkę na Węgry, jednak obfite opady śniegu uniemożliwiły mu przekroczenie granicy. Wicegubernator Lażański wyznaczył nagrodę za schwytanie herszta, co świadczyło o randze zagrożenia, jakie władze austriackie wiązały z jego osobą. Siódmego marca 1846 roku wojsko cesarskie rozbiło oddział Korygi, jednak sam przywódca zdołał umknąć.
Dalsze losy tego człowieka spowija mgła niepewności, co samo w sobie stanowi zagadkę historyczną. Koryga nie tylko uniknął schwytania i procesu, ale zdołał też powrócić do względnie normalnego życia w rodzinnym Tursku. Do około 1862 roku urodziło mu się jedenaścioro dzieci, co świadczy o stabilizacji jego sytuacji rodzinnej mimo krwawej przeszłości.
Śmierć przyszła po niego dopiero w sierpniu 1881 roku, trzydzieści pięć lat po rabacji. Koryga zmarł w swoim łóżku, śmiercią naturalną, której pozazdrościłoby wielu jego ofiar. Jednak nawet wtedy społeczność nie zapomniała o jego czynach. Pochowano go bez sakramentu ostatniego namaszczenia, a w metryce zgonu pominięto wzmiankę o wyznaniu katolickim. Ten dyskretny gest odmowy pełnej posługi religijnej był jedyną karą, jaka spotkała jednego z najbardziej krwawych przywódców galicyjskiej rebelii.