Czarny poniedziałek. Najgorszy dzień w historii Warszawy

Poniedziałek 25 września 1939 roku wszedł do historii polskiej stolicy pod kilkoma dramatycznymi mianami naraz. Określano go jako lany, czarny lub krwawy. Każde z tych słów mówiło dokładnie to samo. Tego dnia z nieba spadło na Warszawę około 630 ton bomb, a tętniące życiem miasto w jednej chwili przestało przypominać siebie. Niemcy nie celowali wówczas w nic konkretnego, ponieważ ich celem było absolutnie wszystko. To była pierwsza tak brutalna lekcja totalnej wojny powietrznej, jakiej doświadczyła europejska stolica.

Zniszczone budynki przy ulicy Nowy Świat (domena publiczna)Zniszczone budynki przy ulicy Nowy Świat (domena publiczna)
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Dziesięć godzin grozy

Nalot ruszył około godziny siódmej rano i ciągnął się bez przerwy przez dziesięć potwornych godzin. Nad Warszawą pojawiło się blisko 400 bombowców Luftwaffe, które w ciągu jednego dnia wykonały aż 1176 lotów bojowych. Niebo nad miastem dosłownie czerniało od maszyn wracających pospiesznie do baz po kolejną porcję niszczycielskiego ładunku.

W powietrzu pracowała cała "stajnia" niemieckiego lotnictwa wojskowego. Sławetne Junkersy Ju 87 Stuka, których było w tym nalocie aż 240, niosły po 700 kilogramów bomb.

Cięższe Dorniery Do 17 dźwigały po tonie wybuchowego ładunku, z kolei transportowce Ju 52 nadrabiały braki konstrukcyjne ogromnym udźwigiem do półtorej tony. Heinkle He 111 dorzucały do tego bilansu po dwie i pół tony bomb każdy.

Taka bezwzględna arytmetyka oznaczała dla mieszkańców tylko jedno, mianowicie w mieście nie było już bezpiecznego miejsca, gdzie można by się schować.

Bilans tego jednego dnia mrozi krew w żyłach. Szacuje się, że zginęło około dziesięciu tysięcy mieszkańców, trzydzieści pięć tysięcy odniosło rany, a w różnych dzielnicach wybuchło jednocześnie dwieście potężnych pożarów.

To znacznie więcej ofiar niż we wcześniejszych, głośnych nalotach na Wieluń, Frampol i Guernicę wziętych razem. Warszawa zapłaciła krwawy rachunek, jakiego współczesna Europa jeszcze nie znała.

Bombardowanie dywanowe, czyli wojna bez zasad

Niemcy zastosowali taktykę, która miała zrobić ponurą karierę w kolejnych latach tej wojny globalnej. Zwarta formacja samolotów na jeden sygnał dowódcy odbezpieczała bomby jednocześnie, wysypując cały ładunek na ogromny, gęsto zaludniony obszar.

W tym planie nie liczyła się konkretna fabryka ani koszary wojskowe. Liczył się przede wszystkim niszczycielski efekt psychologiczny.

Mieszano celowo bomby burzące z zapalającymi. Jedne miały za zadanie skutecznie rozbijać dachy i ściany, a drugie dokończyć dzieła zniszczenia za pomocą ognia.

Strażacy drastycznie nie nadążali z akcjami, miejskie wodociągi całkowicie szwankowały, a kolejne fale samolotów wracały nad stolicę, zanim zdążono ugasić poprzednie pożary. Logika tej taktyki była brutalnie prosta.

Polska obrona przeciwlotnicza próbowała się desperacko stawiać między innymi z rejonu Dworca Głównego, ale to było jak strzelanie z pistoletu do gradu.

Heinkle i Dorniery latały zbyt wysoko oraz zbyt licznie, by garstka sprawnych dział mogła cokolwiek zmienić w tym tragicznym położeniu. Stolica broniła się niezwykle honorowo, lecz niestety nieskutecznie.

Zamek: serce, które przestało bić

Wśród tysięcy zniszczonych budynków znalazły się Filharmonia Narodowa i część zabytkowych zabudowań Politechniki. Prawdziwy cios w tożsamość narodową miasta otrzymał jednak Zamek Królewski. To w jego murach jeszcze w 1939 roku zapadła ostateczna decyzja o obronie kraju przed niemieckim atakiem.

Pierwsze pociski uszkodziły go już 6 września. Z kolei 17 września, w dniu zdradzieckiej sowieckiej napaści, niemiecka artyleria zaczęła systematyczny, niszczycielski ostrzał prowadzony z pozycji na Grochowie. Warszawiacy nazwali tę datę czarną niedzielą.

Zgromadzony personel zdążył w ostatniej chwili wynieść z płonącego budynku to, co było najcenniejsze. Uratowano między innymi urnę z sercem Tadeusza Kościuszki, którą niezwłocznie przeniesiono do podziemi archikatedry świętego Jana. Niemcy weszli do zrujnowanego Zamku i od razu zabrali się za jego planowe niszczenie.

Wywiercili w ocalałych murach otwory na materiały wybuchowe, każdy o długości około dwóch metrów. Byli gotowi w każdej chwili wysadzić wszystko w powietrze. Powstrzymała ich wtedy nie ludzka litość, lecz poważna obawa o bezpieczeństwo sąsiedniego mostu.

Polska komisja konserwatorska zaproponowała oficjalnie, że w ciągu kilku miesięcy zabezpieczy ruiny przed dalszym rozpadem. Niemcy kategorycznie odmówili. Za to z lubością pozwolili prywatnym firmom z Rzeszy bezkarnie rozkraść wszystko, co tylko dało się odkręcić.

Wynoszono nawet kaloryfery oraz miedziane instalacje, jakby narodowy Zamek był zwykłym sklepem z używanymi częściami zamiennymi.

Wybrana bibliografia

- Czarny poniedziałek 1939 roku – na Warszawę spadło niemal 630 ton bomb [https://dzieje.pl/wiadomosci/czarny-poniedzialek-1939-roku-na-warszawe-spadlo-niemal-630-ton-bomb]

- Czarny Poniedziałek 25 września 1939 r. w Warszawie. Niemieckie lotnictwo zrzuciło na Warszawę setki ton bomb [https://warszawa.naszemiasto.pl/czarny-poniedzialek-25-wrzesnia-1939-r-w-warszawie/ar/c15-7351615]

Wybrane dla Ciebie