Wyprawa Hannona. Niewiarygodna prawda o starożytnych żeglarzach
Dwa tysiące lat przed Kolumbem flotylla sześćdziesięciu kartagińskich statków minęła Gibraltar i skierowała się tam, gdzie kończyły się znane mapy. Na pokładach – trzydzieści tysięcy osadników. Przed nimi – wulkany, dżungla i lądy, których żaden Europejczyk nie zobaczy przez kolejne stulecia. Dziennik z tej wyprawy cudem przetrwał do naszych czasów.
Dziennik z wyprawy, który przetrwał tysiąclecia
W V wieku p.n.e. Kartagińczyk o imieniu Hannon wyruszył na ekspedycję z zamiarem eksploracji zachodniego wybrzeża Afryki. Zachował się liczący osiemnaście krótkich akapitów fragment dziennika tej podróży, zatytułowanego "Rejs Hannona, kartagińskiego nobila, wzdłuż brzegów Afryki poza Słupy Heraklesa".
Mógł go prowadzić sam kapitan, rzecz jest jednak pisana w trzeciej osobie, jakby to skryba notował wydarzenia w podróży – ale tak czy owak mamy do czynienia z relacją naocznego świadka. Uważa się, że oryginalny dokument powstał i został zamieszczony na ścianie kartagińskiej świątyni krótko po zakończeniu wyprawy.
Szczęśliwy powrót śmiałka z pewnością upamiętniono ofiarami dla bogów oraz publiczną fetą z odczytaniem oficjalnej wersji dziennika. Ten rodzaj tekstu, po grecku periplous ("opłynięcie"), był zarazem pracą literacką i locją – nawigacyjnym przewodnikiem po Morzu Śródziemnym i nie tylko. Podobne dziełka, przepisywane i przekładane na inne języki, krążyły wśród żeglarzy przez wieki. To, że z relacji Hannona w ogóle coś się zachowało, zakrawa na cud.
Musiała cieszyć się wielką popularnością, kopiowano ją bowiem wielokrotnie, była też dobrze znana innym starożytnym autorom, którzy wzmiankują o niej w swoich pracach. Wersja, którą posiadamy, pochodzi z dwóch fragmentarycznych greckich manuskryptów datowanych na IX i XI wiek n.e. – czyli kilkanaście stuleci po opisanych wydarzeniach.
Nie znamy personaliów bizantyńskich kopistów, którzy je sporządzili. Dokument wcześniejszy znajduje się obecnie w zbiorach uniwersytetu w Heidelbergu, nowszy został podzielony na dwie części i jedna z nich należy do British Museum, druga do Bibliothèque nationale w Paryżu.
Skrzyżowanie historii przygodowej i pracy etnograficznej
Periplus Hannona można określić jako skrzyżowanie historii przygodowej i pracy etnograficznej. Jak się wydaje, celem podróży było zbadanie i skolonizowanie wybrzeża afrykańskiego. Dowódca wyprawy jest tytułowany sufetem.
Jego flotylla popłynęła z Kartaginy na zachód i minąwszy Słupy Heraklesa, skierowała się wzdłuż brzegu na południe, zatrzymując się po drodze, by kontaktować się i pohandlować z tubylcami, zakładać osady i zbierać informacje.
Żeglarze widywali dzikie plemiona, rzeki pełne krokodyli i hipopotamów, aktywne wulkany, bujne lasy i krainy zasobne w bogactwa naturalne. Lektura ocalałego tekstu jest jak poruszanie się według pisemnych wskazówek, płynięcie przez morza kilwaterem statku, od jednego miejsca lądowania do kolejnego (choć ich zapisane nazwy często są dla nas nie do zidentyfikowania).
Historia Hannona jest godna uwagi, mówi nam bowiem, że w tym samym czasie, kiedy Kartagina zaczynała budować silną pozycję w regionie, jej obywatele wyruszali na morze, by penetrować, zasiedlać i wykorzystywać coraz dalsze okolice, a także poznawać ludy i ziemie daleko poza własnym kawałkiem świata.
Niniejszy tekst stanowi fragment książki Eve MacDonadld "Kartagina. Nowa historia starożytnego imperium", wydanej nakładem wydawnictwa Rebis (Poznań 2026).
Fenicjanie opływają Afrykę
Już Fenicjanie słynęli z kunsztu nautycznego. Hannon nie był pierwszym nawigatorem, który zapuścił się na atlantyckie wybrzeże Afryki. Jego przypadek jest o tyle wyjątkowy, że w owym dzienniku mamy jedyny zachowany osobisty zapis, jaki wyszedł spod ręki obywatela Kartaginy.
Grecki historyk Herodot przytoczył wcześniejszą historię, z VI wieku p.n.e., o fenickim statku, który okrążył Afrykę w ramach ekspedycji zleconej przez faraona Necho II (rządził w latach 610–595 p.n.e.) z XXVI dynastii – ostatniej rdzennie egipskiej, upadłej po podbiciu przez achemenidzką Persję w 525 roku p.n.e. Wyprawa ta była jednym z największych osiągnięć tego władcy.
Jak odnotował Herodot: "Libię [Afrykę] ze wszech stron otaczają morza, wyjąwszy punkt, gdzie spotyka się ona z Azją – co pierwszy stwierdził i obwieścił egipski król Necho. Dokończywszy budowę kanału łączącego Nil z Morzem Czerwonym, wyekspediował on tamtędy fenickich żeglarzy z poleceniem, aby podążali wzdłuż brzegu, dopóki w drodze powrotnej nie miną Słupów Heraklesa i wpłyną na północne morze, a w końcu dotrą do Egiptu".
Relacja Herodota jest uboga w szczegóły, podaje jednak trasę rejsu: kanałem do Morza Czerwonego, następnie wzdłuż wschodnich wybrzeży kontynentu, okrążenie od południa i powrót wzdłuż zachodnich. Szło to powolutku; każdej jesieni zatrzymywano się, siano i zbierano zboże na następny etap podróży. Na wschodzie egzystowały wówczas liczne zaawansowane cywilizacje utrzymujące zamorskie powiązania handlowe.
Co ciekawe, Grek podał w wątpliwość własną opowieść – i jak na ironię w tym właśnie tkwi jej potwierdzenie: "Opowiadali (w co ktoś może uwierzyć, ja jednak nie), że opływając Libię, słońce mieli po prawej stronie". Jak wiadomo, nawigator żeglujący po półkuli południowej w drodze na zachód rzeczywiście obserwuje naszą gwiazdę na prawo od kursu. Herodot nie wiedział o kulistości Ziemi.
Zapomniana wiedza Fenicjan i rzymski kompleks wyższości
Fenicjanie triumfalnie wrócili do Egiptu i wdzięcznego faraona po trzech latach rejsu. Na wiele pytań, jakie budzi ta wyprawa, nie umiemy odpowiedzieć, co nie umniejsza jej mistyki i podziwu dla żeglarskiego kunsztu Fenicjan, jakim darzyły ich późniejsze źródła.
Niektórzy badacze kwestionują wiarygodność relacji, ponieważ mapy świata sporządzane później przez geografów, jak Klaudiusz Ptolemeusz w II wieku n.e., nie uwzględniają zdobytej przez Fenicjan wiedzy ani zrozumienia, że otoczoną przez oceany Afrykę da się opłynąć. Najlepiej to widać na średniowiecznej mapie opartej na starożytnej wersji ptolemejskiej, na której Czarny Ląd ciągnie się nieskończenie na południe.
Argumentują, że Rzymianie nie mogli nie wiedzieć czegoś, co było wiadome Fenicjanom – i jest to wymowny dowód, jak rzymski kompleks wyższości przesączył się do naszego rozumienia świata starożytnego. Takie nastawienie zaprzecza temu, co już dziś wiemy o powiązaniach istniejących w VI–IV wieku p.n.e. we wschodnim rejonie Morza Śródziemnego, na Bliskim Wschodzie i w Azji Zachodniej.
Był to czas wielkiej ekspansji. Perska dynastia Achemenidów stworzyła pierwsze globalne imperium, łączące morzem i lądem Lewant, Zatokę Perską, Azję i Ocean Indyjski.
W tym okresie Fenicjanie i ich kartagińscy potomkowie odegrali rolę katalizatorów przemian. To oni stali się ogniwem wiążącym wschód i wszystkie jego złożone uwarunkowania z zachodem i nadmorskimi regionami Afryki. Niestety, wiedza o Fenicji w szczytowej fazie rozwoju jej żeglugi, jak również późniejsza historia jej kultury, pisma i tradycji w dużej mierze poszły w zapomnienie przez stulecia po jej podboju.
Sześćdziesiąt statków i trzydzieści tysięcy ludzi
Wiele z tego, co wiemy o Fenicjanach i Kartagińczykach, opiera się na historiach związanych ze statkami, technologiami morskimi i podróżami. Fakty są w nich wymieszane z fantastycznymi wymysłami i trudno jedne od drugich odsiać.
Starożytni rzymscy geografowie i przyrodnicy, których prace stanowią gros dostępnych narracji, opisywali swój świat w kategoriach centrum i peryferii. Im bardziej ktoś oddalał się od centrum (czyli od basenu śródziemnomorskiego), tym dziwaczniejsze stają się te opisy pełne wyimaginowanych dzikusów, monstrów i niebezpieczeństw.
Ta perspektywa jest widoczna także w relacji Hannona. Mamy tu wieloetapową podróż w dół zachodniego wybrzeża Afryki, niewykluczone, że aż do dzisiejszego Senegalu, a może nawet do Zatoki Gwinejskiej.
W tekście czytamy: "Kartagińczycy polecili Hannonowi wypłynąć poza Słupy Heraklesa i zakładać libiofenickie miasta. Wyruszył więc z sześćdziesięcioma pięćdziesięciowiosłowymi statkami, trzydziestoma tysiącami mężczyzn i kobiet, zapasem żywności i wyposażeniem".
Nie była to lada ekspedycja, lecz przedsięwzięcie prawdziwie ambitne, nawet jeśli wziąć pod uwagę skłonność starożytnych do wyolbrzymiania liczb – wielka inwestycja ludzka, finansowa i logistyczna. Całe rodziny kartagińskie, a z pewnością także z innych społeczności zachodniofenickich wysłano, by osiedliły się w nowych regionach i zbudowały nowe sieci kontaktów.
Z materiałów historycznych wynika, że osadami o fenicko-kartagińskich korzeniach upstrzone były wybrzeża północnej Afryki, Półwyspu Iberyjskiego oraz Mauretanii (dzisiejszego Maroka). Tak funkcjonował świat śródziemnomorski – przez wszystkie te wczesne stulecia: falami osadnictwa i ekspansji fenickiej i greckiej (później także rzymskiej), kiedy macierzyste społeczności ekspediowały nadwyżki demograficzne, aby zasiedlać nowe tereny pozyskiwane drogą negocjacji bądź przemocą.
Polowanie na złoto i handel z tubylcami
Jednym z motywów wyprawy Hannona, poza zakładaniem nowych kolonii, mogło być poszukiwanie bogactw naturalnych, zwłaszcza złota. Kartagińczycy prowadzili wymianę z tubylcami z saharyjskich oaz i ów kruszec był wśród najważniejszych jej przedmiotów.
Wiedziano, że złoża znajdują się w regionie delty Nigru i że można się tam dostać także morzem, wzdłuż wybrzeża zachodnioafrykańskiego. Kto wie, czy w przedsięwzięciu Hannona nie chodziło właśnie o wyeliminowanie pustynnych pośredników i ustanowienie własnych bezpośrednich powiązań ze źródłem cennego towaru przez założenie sieci kolonii i kontaktów.
Taki jest ponadczasowy modus operandi kolonizatorów. Opisywane przez starożytnych autorów, jak Diodor Sycylijski czy Herodot, metody działania Kartagińczyków podczas ekspedycji handlowych dobrze pasują do znanego szablonu wyzysku przez cywilizacje dysponujące przewagą technologiczną.
Równie fascynująco jawi się w zapisie Herodota ów dziwny milczący handel między kulturami nieposiadającymi wspólnego języka: "Przypływają tam [Kartagińczycy] i wyładowują swój towar, rozłożywszy go na brzegu, wycofują się na statek i ogniem i dymem sygnał dają. Miejscowi ludzie widzą go i ciągną nad morze, by złoto zostawić jako zapłatę, po czym się oddalają, rzeczy nie tknąwszy".
"Wówczas przybysze znowu lądują i oszacowują kruszec. Jeśli cena wyda się im właściwa, zabierają go i odpływają; w przeciwnym razie wracają na pokład i czekają, a tubylcy wtedy dodają więcej złota, póki żeglarze nie będą usatysfakcjonowani".
Wulkany, lasy i ludzie szybsi od koni
W periplusie Hannona znajdujemy szczegółowy opis podróży, zwłaszcza zaś widzianych egzotycznych zwierząt i ludzi potrafiących konie w biegu prześcignąć. Ekspedycja dotarła do Mogadoru, fenickiej kolonii opodal dzisiejszej As-Suwajry w Maroku, i pożeglowała dalej.
Niczym kartagińska wersja "National Geographic" dziennik łączy zadziwienie odkrywcy z rzeczowością handlowca. Hannon opisuje, jak zawierał przymierza z nowymi ludami, na przykład "nad Liksos, wielką rzeką z Libii płynącą, gdzie koczowniczy Liksytowie pasą swe bydło".
Wyprawa zabawiła tam jakiś czas i nawiązała z nimi przyjaźń. Tubylcy przydzielili jej przewodników i tłumaczy, aby pomagali w dalszej podróży na południe; jak się uważa, miejsce owo znajdowało się na południe od dzisiejszego Agadiru, w pobliżu berberyjskiego królestwa Tazzarult (Tazerwalt), ongiś kontrolującego transsaharyjskie szlaki karawanowe do Sudanu, które z pewnością byłoby dla Kartagińczyków użytecznym sojusznikiem.
Hannon ruszył dalej, minął ujście rzeki Chretes i okrążył "róg zachodni". Dalej były regiony zamieszkane przez wrogo usposobionych "Etiopów" – greckie określenie ciemnoskórych, znaczące dosłownie "spaleni" – gdzie żeglarzy witano kamieniami. Były tam lesiste góry z drzewami o różnobarwnym, aromatycznym drewnie, aż wreszcie ich oczom ukazał się wulkan (zdaniem niektórych badaczy mogła to być góra Kamerun).
W dzienniku opisane jest też spotkanie z gorylami. Kartagińczycy usiłowali złowić kilka sztuk, lecz bezskutecznie. Skończyło się na upolowaniu dwóch struchlałych samic (samce oczywiście dały drapaka); ich skóry przywieziono do Kartaginy i jako trofea wyeksponowano w świątyni Baala Hammona.
Mit, fakt i kartagińskie spojrzenie na świat
Rejs Hannona zyskał duży rozgłos; upamiętniły go także inne źródła starożytne. Wzmianka o nim widnieje w Historii naturalnej Pliniusza Starszego (I wiek n.e.): "Gdy Kartagina była u szczytu potęgi, Hannon opublikował relację z wyprawy, w której z Gades dopłynął do kresów Arabii".
Pliniusz twierdzi zatem, że kartagiński żeglarz opłynął całą Afrykę i wrócił do domu przez Arabię. Stoi to jednak w sprzeczności z zachowanym dziennikiem, który dobrze pasuje do innych na poły mitycznych historii.
Na myśl przychodzą tu greckie mity: Perseusz i Meduza, Odyseja. Bohater z trudnym do wykonania zadaniem symbolizuje ludzką eksplorację świata, zasiedlanie nowych ziem, zmaganie się z rozmaitym dzikim zwierzem i dopatrywanie się potworności w niezrozumiałych realiach.
Fakty z tej podróży mogły zostać wymieszane z innymi wyprawami śródziemnomorskimi i nie tylko. Niewiele więcej możemy się w periplusie Hannona doczytać z kartagińskiej perspektywy, pomaga nam on jednak budować model rozwoju i ekspansji Kartaginy i zrozumieć, jak kontynent afrykański stawał się częścią jej rosnącego świata.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment książki Eve MacDonadld "Kartagina. Nowa historia starożytnego imperium", wydanej nakładem wydawnictwa Rebis (Poznań 2026). Książkę można zamówić, klikając ten link.