Tragedia kobiet w Breslau. ZSRR zgotował im piekło na ziemi
6 maja 1945 roku, po niemal trzech miesiącach krwawego oblężenia, twierdza Breslau skapitulowała. Mieszkańcy miasta, wycieńczeni głodem, ostrzałem i bombardowaniami, mieli prawo wierzyć, że najgorsze już za nimi. Mylili się – i to bardzo. To, co przyszło po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, wielu z nich wspominało później jako czas jeszcze gorszy niż samo oblężenie. Oto wstrząsające relacje świadków tamtych dni.
Twierdza, która walczyła do końca
Wrocław został ogłoszony przez Hitlera "Festung Breslau" w sierpniu 1944 roku, a oblężenie miasta przez wojska 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa rozpoczęło się w lutym 1945 roku.
Przez 82 dni miasto było areną zaciekłych walk, podczas których zginęło około 6 tysięcy niemieckich żołnierzy i nieznana, ale ogromna liczba cywilów. Breslau skapitulowało dopiero 6 maja — zaledwie dwa dni przed bezwarunkową kapitulacją całej III Rzeszy.
Kiedy radzieccy żołnierze wkroczyli do miasta, zastali ruiny. Około 60-70% zabudowy było zniszczone, a w piwnicach gnieździły się dziesiątki tysięcy wycieńczonych mieszkańców. Dla zmęczonych długim oblężeniem czerwonoarmistów zdobyte miasto stało się jednak nie tyle obiektem do zabezpieczenia, co łupem wojennym. To, co nastąpiło później, wykraczało daleko poza ramy regularnej okupacji.
Grabieże, gwałty i terror dnia codziennego
Jednak w Breslau nie było ani ciszy, ani pokoju, ani porządku, zwłaszcza w pierwszych dniach po kapitulacji. Codziennością stały się bowiem grabieże, rabunki i gwałty.
Okupanci szukali pieniędzy, wódki i kobiet – "te ostatnie były szczególnie pożądane" – wspominał aptekarz Hans Hoffmann, który do swojej listy powinien dopisać również zegarki i rowery. Wcześniej Hoffmann odrzucał wszelkie doniesienia o napaściach i gwałtach dokonywanych przez czerwonoarmistów, uznając je za nazistowską propagandę.
Teraz jednak zdał sobie sprawę, że nie były to tylko wymysły. Kobiety często przychodziły do jego apteki po leki i przy okazji opowiadały o swoich przerażających doświadczeniach.
"Rosjanie nawet w dziesięcioosobowych grupach polowali na dwunastoletnie dziewczynki, kobiety były gwałcone tak wiele razy, że trzeba je było zabierać do szpitali, gdyż nie były w stanie chodzić, nawet siedemdziesięcio- i osiemdziesięcioletnie staruszki nie zostały oszczędzone przez te bestie, które najwyraźniej nie miały pojęcia, co to jest piękno czy człowieczeństwo" – pisał we wspomnieniach farmaceuta.
"Bestie" – jak wrocławianie nazywali okupantów
Wielu wrocławian było przekonanych, że radzieccy żołnierze dostali wolną rękę w sprawie gwałtów i rabunków. Jak się wydawało, nowi władcy Breslau najwyraźniej sądzili, że traktują mieszkańców "uczciwie", zauważył były volkssturmista Otto Rothkugel. Dla niego Rosjanie nie byli już jednak Rosjanami ani Sowietami, ani Ukraińcami, ani Mongołami, Gruzinami, Uzbekami. Byli po prostu die Bestien – "bestiami" – to słowo często pojawia się w relacjach wrocławian z tego okresu.
"Rosjanie wyciągali kobiety z piwnic zbombardowanych domów" – pisał we wspomnieniach Rothkugel. – "Kiedy przychodzili, rozlegały się okrzyki przerażenia. Spadali na swoje bezbronne ofiary jak szaleńcy".
Kiedy tylko jakiś radziecki żołnierz wpadał do któregoś z domów na Zaciszu w północno-wschodniej części Breslau, gdzie mieszkał Conrad Schumacher, mieszkaniec takiego nieszczęsnego miejsca wybiegał na ulicę, wzywając pomocy. Wkrótce dołączali do niego sąsiedzi i razem zaczynali krzyczeć jeszcze głośniej. "Cała dzielnica rozbrzmiewała echem tych krzyków" – wspominał potem Schumacher. – "Strasznie się tego słuchało, zwłaszcza w nocy".
Hendrik Verton widział, jak siostra Czerwonego Krzyża, która przez minione dziesięć dni zajmowała się jego raną postrzałową, została zgwałcona przez "kilku pijanych Rosjan". Narzeczony kobiety, który był sanitariuszem w tym samym punkcie pierwszej pomocy przy ulicy Świdnickiej, usiłował powstrzymać napastników. Został przez nich brutalnie skatowany.
Nie wszyscy byli ofiarami
Jednak nie wszystkie kobiety w Breslau padały ofiarą czerwonoarmistów. Tak jak to było wcześniej w czasie oblężenia, niektóre kobiety z własnej woli spały z żołnierzami, żeby zaspokoić pożądanie lub dla uzyskania materialnej korzyści. Mundury się zmieniły, ale nie ludzkie żądze.
Garstka wrocławian po prostu pogodziła się ze swoim losem. "Zawsze tak się dzieje, gdy zwycięzca wkracza do zdobytego miasta" – pisał urzędnik pocztowy Conrad Bischof. – "Nasi żołnierze nie postępowali i nie postępują wcale inaczej na terytorium wroga".
Działający wcześniej w podziemiu wrocławscy komuniści, socjaliści i antyfaszyści, którzy witali przybycie Armii Czerwonej "najcieplej jak się da", szybko zostali odarci ze złudzeń. "Nie było ważne, czy ktoś był faszystą czy antyfaszystą. Liczyło się tylko to, że byłeś Niemcem!" – wspominał z goryczą tapicer Georg Fritsch, który był przeciwnikiem reżimu nazistowskiego i liczył na to, że dzięki temu zyska sobie przychylność nowych panów miasta. Nie zyskał.
Innego wrocławskiego komunistę uderzała z kolei sprzeczna natura okupantów. Czerwonoarmista mógł "podzielić się ostatnią kromką chleba z niemieckim dzieckiem", a kierowca radzieckiej ciężarówki mógł "napotkawszy na wiejskiej drodze staruszkę pchającą zdezelowany wózek ręczny, wsadzić ją do samochodu i zawieźć do domu". Ale być może potem ten sam radziecki żołnierz "czyha na cmentarzu na kobiety i młode dziewczyny, żeby je obrabować i zgwałcić".
Alkohol — paliwo przemocy
Tego rodzaju orgie były zazwyczaj mocno zakrapiane alkoholem. "Dopóki jest trzeźwy, nie trzeba się go bać" – stwierdzano w jednym z raportów. – "Tylko pod wpływem alkoholu i kiedy spotka się kilku takich pijanych, zaczynają się ekscesy". Radziecki pilot zwiedzający miasto wszędzie napotykał "strzelaninę i ogólne pijaństwo".
Beczki piwa i wina wytaczano z piwnic na ulicę. Żołnierze strzelali z pistoletów w powietrze, pijąc zdobyczny alkohol z garnków i wiader. "Na każdym kroku widać było jakiegoś chwiejącego się na nogach pijaka" – ubolewał lotnik. – "Lepiej było w ogóle tutaj nie leźć" – westchnął.
Trzydziestu żołnierzy trzeba było zabrać do szpitala z ciężkimi skurczami żołądka i oślepionych po wypiciu "słodkawej cieczy". Tą słodkawą cieczą był metanol używany jako środek odmrażający. Mężczyźni wypili go w ilości przekraczającej od dziesięciu do trzydziestu razy śmiertelną dawkę. Wszyscy umarli w mękach.
Zbrodnie i kary
Zazwyczaj jednak ofiarą ekscesów padali wrocławianie. Pewien pijany dowódca czołgu chwycił jakiegoś chłopca i wrzucił go do płonącego budynku.
"Dlaczego to zrobiliście? Co wam zawiniło to dziecko?" – pytał go później oficer. "Zamknijcie się, kapitanie!! Macie dzieci?". "Mam". "A moje zabili".
Takie zbrodnie nie zawsze jednak pozostawały bez kary. Na Sępolnie rozstrzelano trzech radzieckich żołnierzy złapanych na grabieży i gwałceniu kobiet. Codziennie po zmroku radziecki komendant w towarzystwie dwóch swoich sztabowców patrolował ulice, żeby pilnować porządku w mieście.
Groteskowe oblicze okupacji
Korzystanie z ogromnych zapasów alkoholu istniejących w Breslau nie zawsze zresztą prowadziło do przemocy. Pewnej nocy rannym i chorym z "punktu pierwszej pomocy numer 5" przy ulicy Świdnickiej, niezależnie od stanu ich zdrowia, kazano zgromadzić się w jednej z piwnic.
Pacjenci obawiali się najgorszego. Zamiast tego jakiś pijany radziecki żołnierz wdrapał się na skrzynkę i palnął im kilkugodzinne kazanie na temat osiągnięć komunizmu.
Pewien landser z Górnego Śląska, który płynnie znał język rosyjski, pełnił rolę tłumacza, jednak specjalnie przekręcał słowa mówcy. "Ta pijana świnia chce nas uczyć kultury" – wyjaśnił zebranym. Po każdym zdaniu "widzowie" entuzjastycznie bili brawo. Przemawiający "cieszył się jak dziecko" całkiem nieświadomy, że jego słowa są przez cały czas przekręcane. W końcu runął na skrzynkę i zapadł w pijacki sen. Jego słuchacze wyślizgnęli się z pomieszczenia i wrócili do swoich łóżek.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment książki Richarda Hargreavesa "Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945", wydanej nakładem wydawnictwa Rebis (Poznań 2026). Książkę można zamówić, klikając ten link.