Byli razem bez ślubu. Władze uznały ich związek za wykroczenie

W 1387 roku Bartomeu Crespi i prostytutka Johanna z miejskiego domu publicznego w Walencji zapłacili grzywnę w wysokości 22 sous. Ich przewinienie polegało na tym, że byli razem. Władzom nie chodziło jednak o moralność, lecz o pieniądze, bo taki związek uderzał w miejski monopol na handel ciałem. Oto historia systemu, który potrafił zarabiać dosłownie na wszystkim.

Scena w średniowiecznym domu publicznym, miniatura z XV wiekuScena w średniowiecznym domu publicznym, miniatura z XV wieku
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Działania Walencji

Walencja, ludne miasto portowe liczące ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców, jako pierwsza na Półwyspie Iberyjskim zaczęła w XIV wieku regulować prostytucję. W 1325 roku król Jakub II Sprawiedliwy nakazał utworzyć tam dzielnicę czerwonych latarni, aby oddzielić kobiety negocjowalnej cnoty od tych rzeczywiście cnotliwych.

Odtąd prostytutki prowadzące działalność na własną rękę zmuszano do pracy w legalnych domach publicznych. Deklarowanym celem była ochrona rodziny i przyzwoitych kobiet, a także samych prostytutek, które miały być wreszcie wolne od wyzysku sutenerów.

Rzeczywistość wyglądała inaczej, bo wiele przybytków wyposażano w wysokie mury, a personel i klientów wpuszczano wyłącznie przez główne wejście. Miało to chronić mieszkanki przed napaściami, lecz przy okazji utrudniało im opuszczenie tego miejsca.

Państwowy monopol na grzech

Władze pilnowały swoich zysków z determinacją. Stręczycieli konkurujących z oficjalnymi przybytkami karano surowiej niż same prostytutki, a w pobliżu miejskich burdeli zakazano prowadzenia karczem i gospód. Żadna samotna kobieta nie mogła też nocować w gospodzie ani zatrzymywać się tam dłużej niż godzinę, żeby nie przyszło jej do głowy dorobić ciałem.

Kluczową postacią był zarządca przybytku, w Aragonii zwany hostelerem, przy czym do XVI wieku funkcję tę pełniły niekiedy kobiety. Pilnował on przestrzegania zasad, takich jak powstrzymywanie się od pracy w ważniejsze święta czy rozpoczynanie jej w niedzielę dopiero po mszy, a także czuwał nad zdrowiem i wiekiem pracownic, które musiały mieć skończone 20 lat.

To jednak nie wyczerpywało jego roli. Nakładał grzywny za łamanie przepisów, pobierał wygórowane opłaty dzienne za łóżko i dach nad głową, a przy tym miał monopol na dostarczanie kobietom wszystkich towarów. Zdarzało się, że wypożyczał im suknie za niemałą opłatą, ponieważ na własne mało którą było stać.

System doskonalono z czasem. W 1469 roku uchwalono, że prostytutki muszą najpierw pokryć koszty własnego utrzymania, a dopiero potem mogą przeznaczyć zarobek na cokolwiek innego. Królowie Katoliccy ustanowili z kolei coroczną daninę od prostytucji oraz podwójny podatek dla tych, które pracowały poza miejskimi przybytkami.

Prostytutka jako gospodyni domowa

W średniowieczu wśród świeckich kobiet wyróżniano żony, konkubiny, kobiety rozwiązłe oraz prostytutki. Konkubina długotrwale dochowywała wierności jednemu partnerowi, rodziła dzieci, pracowała w warsztacie i na polu oraz dbała o dom, tyle że bez ślubu. Zazwyczaj w taki związek wchodził mężczyzna o wyższym statusie z kobietą stanu pośledniejszego, biorąc ją na utrzymanie.

Istniała jednak inna grupa mężczyzn, czyli robotnicy portowi, marynarze, żołnierze i ludzie wędrujący za chlebem. Nie mieli oni perspektyw na małżeństwo, bo nie potrafili osiąść na stałe ani wziąć odpowiedzialności finansowej za rodzinę, a mimo to pragnęli czegoś więcej niż krótkich spotkań w burdelu. Na czas pobytu w danym mieście wchodzili więc w konkubinaty z kobietami, które były dla nich dostępne, czyli właśnie z prostytutkami.

Związki te bywały trwałe i miały swoje nazwy. W Ferrarze pewną Margaritę opisano jako prostytutkę gospodynię domową, a włoskich partnerów prostytutek nazywano stałymi przyjaciółmi.

Żółty kaptur dla kochanka

Dla władz taki układ był nie do przyjęcia. Prostytutki mieściły się w ówczesnej wizji świata jako zło konieczne, lecz nie jako konkubiny mieszkające przy tych samych ulicach co porządne kobiety, dotykające tych samych warzyw na targu i noszące się jak żony.

Z tego powodu w Walencji już od 1372 roku zakazano mężczyznom utrzymywania prostytutek jako konkubin, a im samym wchodzenia w takie związki pod karą chłosty lub grzywny sięgającej 60 sous. W praktyce tak wysokich kar nie wymierzano, a średnia wynosiła 12 sous.

Grzywny okazały się nieskuteczne, ponieważ konkubenci zaciskali zęby i płacili, czasem wielokrotnie, niekiedy prosząc o złagodzenie kary ze względu na ubóstwo. Rozdrażnione władze od 1390 roku nakazały więc partnerom prostytutek noszenie żółtego kaptura, aby odróżniali się od pozostałych mieszkańców, a za jego brak groziła bardzo wysoka grzywna.

Był to interes wyjątkowo dochodowy. Władze zarabiały na prowadzeniu burdeli, licencjach i dzierżawach, na podatkach płaconych przez prostytutki oraz na grzywnach nakładanych na nie i ich partnerów. W Walencji w 1384 roku wpływy od prostytutek i kary za konkubinat stanowiły dwadzieścia procent miejskich przychodów z przestępczości.

Korzystali na tym również urzędnicy sądowi, donosiciele, lekarze oraz zarządcy przybytków, którzy zadłużali zależne od siebie kobiety. Proceder osiągnął taką skalę, że władze musiały w końcu regulować ceny towarów oferowanych przez hostelerów oraz umarzać długi tym, które chciały porzucić grzech i schronić się w domu dla magdalenek.

Kres tym praktykom położył dopiero Filip II, zakazując zadłużania prostytutek i zatrzymywania ich w burdelach wbrew woli. Znamienne pozostaje jednak to, że karę wymierzono Bartomeu i Johannie wspólnie, jako parze. Władze nie chciały ich widzieć razem, lecz skoro już dostrzegły, musiały uznać, że tworzą związek.

Źródło

Niniejszy tekst stanowi przeredagowany fragment najnowszej książki Anny Brzezińskiej "Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet" (Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026).

Okładka książki "Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny" © Licencjodawca

Książkę można zamówić, klikając ten link.

Wybrane dla Ciebie