Dzieciństwo bez poczucia bezpieczeństwa
Charles Guiteau urodził się 8 września 1841 roku we Freeport w stanie Illinois. Jego rodzicami byli Luther Wilson Guiteau i Anne Howe.
Rodzina kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Przez pewien czas mieszkała w Ulao w Wisconsin, a po śmierci matki Charles wrócił z ojcem do Freeport. Dorastał w surowym domu, w którym trudno było mu znaleźć oparcie.
Gdy odziedziczył tysiąc dolarów, postanowił rozpocząć studia na Uniwersytecie Michigan. Nie zdał jednak egzaminów wstępnych i musiał zrezygnować z tych planów.
Zamiast na uczelnię trafił do wspólnoty Oneida, założonej przez Johna Humphreya Noyesa. Jej członkowie odrzucali tradycyjne małżeństwo, dzielili majątek i próbowali urządzić życie według własnych zasad religijnych.
Guiteau źle znosił życie we wspólnocie i nie cieszył się sympatią jej mieszkańców. Opuścił Oneidę skłócony z Noyesem, a później bez powodzenia próbował dochodzić od niego pieniędzy przed sądem.
Pasmo nieudanych przedsięwzięć
Kolejne pomysły Guiteau kończyły się podobnie. W Hoboken zamierzał wydawać religijną gazetę "The Daily Theocrat", lecz przedsięwzięcie szybko upadło.
Zdobył także uprawnienia prawnicze i rozpoczął praktykę w Chicago. Brakowało mu jednak wiedzy, dyscypliny i klientów, dlatego nie zdołał zbudować sobie pozycji.
Próbował również sił jako kaznodzieja i pisarz. Wydał książkę "The Truth", w której w znacznej części powtórzył poglądy Noyesa, choć wcześniej przedstawiał założyciela Oneidy jako swojego przeciwnika.
Około 1874 roku Guiteau zaraził się kiłą. Przechodził też malarię. Po zamachu zarówno jego obrońcy, jak i lekarze analizowali, czy choroby mogły wpłynąć na stan psychiczny oskarżonego.
Człowiek, który chciał zostać konsulem
Podczas kampanii prezydenckiej w 1880 roku Guiteau napisał przemówienie wspierające Ulyssesa Granta. Gdy republikanie wystawili Jamesa Garfielda, przerobił tekst i zaczął przekonywać, że właśnie ten kandydat powinien pokonać demokratę Winfielda Hancocka.
Przemówienie nie odegrało większej roli w kampanii. Guiteau uważał jednak, że przyczynił się do zwycięstwa Garfielda i dzięki niemu republikanie zdobyli Biały Dom.
W ówczesnych Stanach Zjednoczonych zwycięska partia rozdawała swoim stronnikom tysiące urzędów. Guiteau uznał więc, że również on powinien otrzymać nagrodę. Upatrzył sobie stanowisko konsula w Paryżu.
Zaczął pojawiać się w Waszyngtonie i nachodzić najważniejszych członków administracji. Pisał podania, czekał na korytarzach i próbował przekonać urzędników, że prezydent zawdzięcza mu zwycięstwo.
Sekretarz stanu James Blaine stracił cierpliwość 14 maja 1881 roku. Zabronił Guiteau ponownie przychodzić do Departamentu Stanu i stanowczo odrzucił jego starania o posadę.
Zabójstwo jako "polityczna konieczność"
Odmowa nie skłoniła Guiteau do rezygnacji. W jego przekonaniu Garfield zdradził człowieka, który pomógł mu zdobyć prezydenturę, a zarazem osłabił frakcję republikanów broniącą systemu politycznego patronatu.
Guiteau zaczął wierzyć, że śmierć prezydenta uratuje partię. Urząd miał wówczas objąć wiceprezydent Chester Arthur, związany z politykami, którym zamachowiec sprzyjał.
Morderstwo nabrało w jego umyśle charakteru misji. Nie traktował go jak osobistej zemsty, ale jak czyn konieczny dla dobra państwa i Partii Republikańskiej.
Pożyczył 15 dolarów i kupił rewolwer British Bulldog kalibru .442. Wybrał broń z ozdobną rękojeścią, ponieważ wyobrażał sobie, że po zamachu trafi ona do muzealnej gabloty.
Ćwiczył strzelanie i obserwował rozkład dnia Garfielda. Przygotowywał się metodycznie, choć plan wynikał z urojeń i chorego przekonania o własnej dziejowej roli.
Strzały na stacji kolejowej
Guiteau śledził prezydenta przez kilka tygodni. Według własnej późniejszej relacji zrezygnował z jednej okazji, ponieważ Garfieldowi towarzyszyła chora żona Lucretia. Nie chciał zabijać go na jej oczach.
Drugą szansę stworzyły gazety, które podały informacje o planowanej podróży prezydenta. Rankiem 2 lipca 1881 roku Guiteau czekał na dworcu Baltimore and Potomac w Waszyngtonie.
Garfield wybierał się na wakacyjny wyjazd i szedł przez poczekalnię w towarzystwie sekretarza stanu Jamesa Blaine’a. Zamachowiec podszedł od tyłu i dwukrotnie wystrzelił.
Pierwszy pocisk zranił prezydenta w ramię. Drugi utkwił głęboko w ciele, w pobliżu kręgosłupa. Garfield upadł, ale zachował przytomność.
Guiteau nie próbował długo uciekać. Zatrzymał go policjant Patrick Kearney, który musiał jednocześnie chronić więźnia przed wzburzonym tłumem.
Zamachowiec był przekonany, że Arthur i jego polityczni przyjaciele uznają go za bohatera. Liczył nawet na ułaskawienie i stanowisko w nowej administracji.
Lekarze pogorszyli stan Garfielda
Kula nie zabiła prezydenta od razu. Garfield przeżył jeszcze jedenaście tygodni, podczas których lekarze bezskutecznie próbowali odnaleźć pocisk.
Wielokrotnie wkładali palce i narzędzia w ranę, nie przestrzegając zasad antyseptyki. Kolejne badania zwiększały ryzyko zakażenia i osłabiały organizm chorego.
Garfield cierpiał z powodu infekcji, gorączki i problemów z przyjmowaniem pokarmów. Stracił znaczną część masy ciała i coraz rzadziej odzyskiwał siły.
Zmarł 19 września 1881 roku. Przez lata przyjmowano, że bezpośrednią przyczyną śmierci były zakażenia wywołane przez niesterylne zabiegi lekarzy.
Późniejsze analizy wskazywały również na inne powikłania, między innymi uszkodzenie naczyń krwionośnych i dróg żółciowych. Pewne pozostaje jedno: sam postrzał nie musiał być śmiertelny, gdyby prezydent otrzymał właściwą pomoc.
Proces zamieniony w widowisko
Proces Guiteau rozpoczął się 14 listopada 1881 roku w Waszyngtonie. Obrona przekonywała, że oskarżony cierpiał na poważną chorobę psychiczną i nie odpowiadał w pełni za swoje czyny.
Sam zamachowiec nie ułatwiał pracy adwokatom. Przerywał rozprawy, obrażał świadków, kłócił się z sędzią i wygłaszał długie przemówienia. Pisał również do gazet i próbował sprzedawać własną autobiografię.
Utrzymywał, że to lekarze zabili Garfielda. Jego zdaniem on jedynie postrzelił prezydenta, a za śmierć odpowiadali medycy, którzy niewłaściwie leczyli ranę.
Lekarze występujący podczas procesu różnie oceniali jego poczytalność. Neurolog Edward Spitzka stanowczo twierdził, że Guiteau jest chory psychicznie. Większość biegłych powołanych przez oskarżenie uznała jednak, że rozumiał znaczenie swoich działań.
25 stycznia 1882 roku ława przysięgłych uznała go za winnego morderstwa. Sąd skazał zamachowca na śmierć.
Guiteau nadal wierzył, że stanie się sławny, a społeczeństwo z czasem doceni jego czyn. Pisał wiersze, przygotowywał przemówienia i oczekiwał interwencji zwolenników Arthura.
Wyrok wykonano 30 czerwca 1882 roku w Waszyngtonie. Charles Guiteau wszedł na szafot przekonany, że zabójstwo prezydenta było polityczną misją, za którą historia przyzna mu rację.