Dziwna choroba
Lekarze określają podobne zjawiska mianem zbiorowej choroby psychogennej. Dawniej znacznie częściej posługiwano się nazwą "masowa histeria", która budzi dziś zastrzeżenia ze względu na swoje lekceważące i stygmatyzujące znaczenie.
Objawy pozostają realne, choć badania nie wskazują na wirusa, bakterię, toksynę ani inną wspólną przyczynę biologiczną. Silny stres, lęk i obserwowanie reakcji innych osób mogą sprawić, że kolejne osoby zaczną odczuwać podobne dolegliwości.
Takie ogniska szczególnie często pojawiają się w szkołach, internatach, fabrykach i innych środowiskach, których członkowie pozostają ze sobą w bliskim kontakcie. Większą podatność wykazują dzieci i nastolatki, zwłaszcza dziewczęta.
Każda grupa reaguje inaczej. Jedni skarżą się na bóle głowy, duszności i zawroty, inni mdleją, płaczą albo tracą kontrolę nad ruchami ciała.
Ludzie, którzy nie mogli przestać tańczyć
Za jeden z najsłynniejszych historycznych przykładów podobnego zjawiska uchodzi plaga tańca w Strasburgu. Latem 1518 roku mieszkańcy miasta zaczęli tańczyć na ulicach przez wiele godzin, a całe zdarzenie trwało przez kilka tygodni.
Władze początkowo uznały, że chorym należy pozwolić się "wytańczyć". Przygotowano dla nich miejsca do tańca i sprowadzono muzyków, co jedynie zwiększyło skalę zamieszania.
Późniejsze przekazy wspominały o ludziach umierających z wyczerpania. Historycy nie są jednak zgodni, czy rzeczywiście odnotowano ofiary śmiertelne, ponieważ współczesne wydarzeniom źródła nie podają ich liczby.
Jedna z popularnych interpretacji łączy plagę tańca z przewlekłym stresem, głodem, chorobami i głęboko zakorzenionym lękiem przed karą Bożą. Pewności nie ma. Wydarzenia ze Strasburga pokazują jednak, że zbiorowe reakcje psychogenne nie narodziły się wraz z nowoczesną psychiatrią.
Trzy uczennice z Kashashy
Tanganika uzyskała niepodległość od Wielkiej Brytanii 9 grudnia 1961 roku. Niespełna dwa miesiące później niepokojące objawy pojawiły się w prowadzonej przez misję szkole z internatem dla dziewcząt w Kashashy, niedaleko Jeziora Wiktorii.
Rankiem 30 stycznia trzy uczennice wybuchnęły śmiechem. Reakcja szybko udzieliła się koleżankom, ale napadom nie towarzyszyła wesołość.
Dziewczęta na przemian śmiały się i płakały. Skarżyły się również na bóle, niepokój, problemy z oddychaniem i osłabienie. Niektóre mdlały albo wykonywały chaotyczne ruchy.
W pierwszej fazie podobne objawy wystąpiły u 95 ze 159 uczennic. U jednych mijały po kilku godzinach, u innych powracały przez wiele dni.
Nauczyciele pozostali zdrowi, lecz nie potrafili prowadzić lekcji. Uczennice nie były w stanie skupić się na nauce, a kolejne napady dezorganizowały pracę placówki.
Zamknięcie szkoły nie zakończyło problemu
18 marca dyrekcja zamknęła szkołę i odesłała uczennice do rodzin. Władze liczyły, że rozdzielenie dziewcząt przerwie serię napadów.
Objawy pojawiły się jednak w miejscowościach, do których wróciły uczennice. W Nshambie, leżącej kilkadziesiąt kilometrów od Kashashy, w kwietniu i maju podobnych dolegliwości doświadczyło 217 osób, głównie dzieci i młodych dorosłych.
Szkoła w Kashashy wznowiła działalność 21 maja. Druga fala objęła 57 uczennic, dlatego pod koniec czerwca placówkę ponownie zamknięto.
W tym samym miesiącu napady śmiechu i płaczu wystąpiły w szkole dla dziewcząt w Ramashenye. Objawy odnotowano tam u 48 uczennic. Pojedyncze ogniska pojawiały się również w kolejnych wsiach i placówkach regionu Bukoba.
Śmiech nie "opanował całego kraju", jak często przedstawiają to sensacyjne opisy. Przypadki skupiały się głównie na obszarze rozciągającym się w promieniu około 160 kilometrów od Bukoby.
Według późniejszych zestawień objawy wystąpiły łącznie u około tysiąca osób, a władze zamknęły 14 szkół. Ostatnie ogniska wygasły mniej więcej po osiemnastu miesiącach.
Lekarze szukali trucizny i zakażenia
Medyków interesowała przede wszystkim możliwość zatrucia albo choroby zakaźnej. Przeprowadzone badania nie wykazały jednak wspólnego czynnika biologicznego, który tłumaczyłby objawy i sposób ich rozprzestrzeniania.
Za taką przyczyną nie przemawiał również przebieg kolejnych ognisk. Dolegliwości podążały raczej za więziami rodzinnymi i szkolnymi niż za źródłem wody, żywnością lub typową drogą zakażenia.
Wśród mieszkańców krążyły tymczasem pogłoski o zatrutym jedzeniu, skażonym powietrzu i celowym rozsiewaniu choroby. Strach sprzyjał kolejnym napadom i utrudniał uspokojenie sytuacji.
Śmiech jako reakcja na lęk
Christian Hempelmann, który po latach ponownie przeanalizował relacje z Tanganiki, zwrócił uwagę na liczne przekłamania w popularnych opisach epidemii. Uczestnicy nie śmiali się bez przerwy przez kilkanaście miesięcy, a samego zjawiska nie można sprowadzać do "zaraźliwej wesołości".
Napady pojawiały się nieregularnie i obejmowały znacznie więcej objawów niż śmiech. Płacz, niepokój, ból, osłabienie i problemy z oddychaniem wskazywały na reakcję lękową całego organizmu.
Hempelmann wiązał wydarzenia z presją, jakiej podlegały uczennice. Rodzice i nauczyciele stawiali przed nimi wysokie wymagania, a surowa dyscyplina internatu ograniczała możliwość rozładowania napięcia.
Część badaczy zwracała też uwagę na przemiany zachodzące po uzyskaniu niepodległości. Nowe szkoły i instytucje zderzały się z tradycyjnymi zasadami życia rodzinnego, a młodzież musiała sprostać oczekiwaniom dwóch różnych światów. Taka interpretacja pozostaje hipotezą, ponieważ po sześćdziesięciu latach nie sposób wskazać jednej przyczyny.
Epidemia, która nie była żartem
Zjawisko wygasło bez odnalezienia wirusa, bakterii ani trucizny. Brak biologicznego czynnika nie oznaczał, że uczennice udawały lub świadomie naśladowały koleżanki.
Ich organizmy reagowały na napięcie fizycznymi objawami, nad którymi dziewczęta nie panowały. Wspólne środowisko, bliskie kontakty i narastający lęk pozwoliły tej reakcji przenosić się między kolejnymi osobami.
Epidemia z Tanganiki pozostaje jednym z najlepiej opisanych przykładów zbiorowej choroby psychogennej. Przypomina również, że ludzkie ciało potrafi wyrażać strach, zanim człowiek znajdzie słowa, którymi mógłby o nim opowiedzieć.