Ładunek przeznaczony dla rolnictwa
Grandcamp został zbudowany w Stanach Zjednoczonych podczas II wojny światowej i początkowo nosił nazwę Benjamin R. Curtis. Po zakończeniu konfliktu przekazano go Francji w ramach pomocy przy odbudowie kraju. W kwietniu 1947 roku frachtowiec przypłynął do portu Texas City nad Zatoką Galveston.
Port otaczały zakłady chemiczne, magazyny oraz instalacje przemysłu naftowego. Poszczególne obiekty znajdowały się blisko siebie, co w razie poważnego wypadku stwarzało ryzyko rozprzestrzenienia się ognia na znacznym obszarze.
W ładowniach Grandcampa znajdował się m.in. nawóz zawierający azotan amonu, zapakowany w papierowe worki.
Wyprodukowano go w zakładach w Iowa i Nebrasce, które wcześniej były związane z produkcją na potrzeby wojska. Towar dostarczono do Texas City koleją, skąd miał wyruszyć za ocean.
Nie wszyscy pracownicy portu zdawali sobie sprawę z zagrożeń związanych z przewozem tej substancji. Nawóz traktowano jak zwykły ładunek handlowy, chociaż w określonych warunkach azotan amonu może doprowadzić do gwałtownej eksplozji.
W Texas City nie przygotowano się na katastrofę o tak ogromnej skali.
Poranny pożar i wybuch
Rankiem 16 kwietnia na pokładzie Grandcampa pojawił się ogień. Nad nabrzeżem zaczął unosić się gęsty, nietypowo zabarwiony dym. Wezwano straż pożarną, a w pobliżu statku gromadzili się mieszkańcy, którzy przyszli obserwować akcję gaśniczą.
Pożary w rejonie portowym nie były dla miejscowej ludności czymś zupełnie nieznanym. Tym razem jednak płonął statek przewożący ogromną ilość niebezpiecznej substancji. Ludzie stojący na nabrzeżu nie zdawali sobie sprawy, jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo.
O godzinie 9.12 nastąpiła potężna eksplozja, która rozerwała Grandcampa. Fragmenty statku i płonącego ładunku rozleciały się po okolicy. Fala uderzeniowa zniszczyła magazyny i pobliskie zakłady Monsanto, zrywała dachy budynków oraz wybijała szyby daleko od portu.
Wśród zabitych znaleźli się marynarze, robotnicy portowi, strażacy i mieszkańcy przyglądający się pożarowi. Rozgrzane szczątki spadały na instalacje przemysłowe i zbiorniki zawierające paliwa oraz chemikalia, wywołując kolejne pożary i eksplozje.
Sytuację pogarszał fakt, że w pierwszym wybuchu zginęło wielu strażaków, a znaczna część miejskiego sprzętu gaśniczego została zniszczona.
Drugi statek eksplodował nocą
W porcie znajdował się także amerykański frachtowiec High Flyer, który po załadunku przechodził naprawy. Przewoził azotan amonu oraz siarkę. Eksplozja Grandcampa uszkodziła jego otoczenie, a rozprzestrzeniający się ogień zaczął zagrażać również temu statkowi.
Podjęto próbę odholowania High Flyera od nabrzeża, ale nie udało się wyprowadzić jednostki na bezpieczną odległość. Pożar przybierał na sile, dlatego ratownicy zaczęli wycofywać ludzi z zagrożonego rejonu.
O godzinie 1.10 w nocy z 16 na 17 kwietnia, niemal szesnaście godzin po pierwszej katastrofie, High Flyer również eksplodował. Wybuch zniszczył stojący nieopodal statek Wilson B. Keene, na który ładowano mąkę.
Kolejne uszkodzenia objęły nabrzeża, magazyny zbożowe i inne obiekty portowe.
Wcześniejsza ewakuacja pozwoliła ograniczyć liczbę nowych ofiar. Nie oznaczało to jednak końca zagrożenia. Płonące szczątki ponownie rozrzuciły ogień po okolicy, a część pożarów trwała jeszcze długo po obu eksplozjach.
Ratunek, identyfikacja i odbudowa
Na pomoc Texas City ruszyły służby z Galveston, Houston i innych pobliskich miejscowości. W ratowaniu poszkodowanych uczestniczyli również żołnierze, przedstawiciele Czerwonego Krzyża oraz liczni ochotnicy.
Ponieważ miasto nie dysponowało funkcjonującym szpitalem, prowizoryczne punkty medyczne organizowano m.in. w budynkach publicznych, a rannych przewożono do sąsiednich miejscowości.
17 kwietnia gubernator Teksasu Beauford Jester wydał specjalną proklamację dotyczącą organizacji pomocy. Kierowanie akcją ratunkową powierzono stanowym służbom bezpieczeństwa, natomiast opieką nad poszkodowanymi zajmował się Czerwony Krzyż.
Ograniczono również wjazd do miasta osobom, które nie uczestniczyły w działaniach ratunkowych.
Dokładnej liczby zabitych nigdy nie udało się ustalić. Wybuchy zniszczyły część dokumentacji zakładów przemysłowych, a niektórzy robotnicy portowi byli zatrudnieni dorywczo.
Problemem pozostawała także identyfikacja zwłok. Poszczególne zestawienia różnią się liczbą ofiar, ale wiadomo, że życie straciły setki ludzi, a tysiące zostały ranne.
Odbudowa portu, zakładów i domów trwała przez kolejne lata. Równocześnie prowadzono postępowania dotyczące odszkodowań, a doświadczenia z Texas City wpłynęły na zaostrzenie zasad przechowywania i transportu niebezpiecznych substancji. W czerwcu 1947 roku sześćdziesiąt trzy niezidentyfikowane ofiary pochowano we wspólnym miejscu spoczynku na cmentarzu upamiętniającym tragedię.