Wampir z Zagłębia. Te zbrodnie wstrząsnęły Polską

Między 1964 a 1970 rokiem na Śląsku i w Zagłębiu ktoś napadał na kobiety wracające z nocnych zmian, zabijając je jednym ciosem w głowę. Sprawcy nigdy nie schwytano na gorącym uczynku, a mimo to skazano człowieka i wykonano na nim wyrok śmierci. Historia "Wampira z Zagłębia" do dziś budzi pytania, czy sprawiedliwości stało się zadość, czy raczej milicja potrzebowała kogokolwiek, by zamknąć sprawę.

Zdzisław MarchwickiZdzisław Marchwicki
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Zabójca uderzał od tyłu

Wieczorem 7 listopada 1964 roku w Dąbrówce Małej znaleziono ciało Anny Mycek. Napastnik zaszedł kobietę od tyłu, uderzył ją tępym narzędziem w głowę, a następnie częściowo obnażył.

Milicja zatrzymała męża ofiary, uznając, że zabójstwo miało podłoże osobiste. Podejrzany siedział w areszcie, kiedy w regionie zaatakowano kolejne kobiety. Śledczy musieli przyznać, że obrali zły trop.

Podobne zbrodnie powtarzały się później w Katowicach, Czeladzi, Będzinie, Sosnowcu i Siemianowicach Śląskich. Jednemu sprawcy przypisano 21 napadów, z których 14 zakończyło się śmiercią ofiar.

Najmłodsza zaatakowana miała 16 lat, najstarsza 57. Napastnik wybierał zwykle samotne kobiety idące po zmroku przez ustronne miejsca. Wiele z nich wracało z pracy.

Morderca podchodził od tyłu i zadawał silny cios w głowę. Czasem odsłaniał ciało ofiary, lecz śledczy nie znajdowali śladów gwałtu ani nasienia.

Najkrwawszy okazał się rok 1965. Serii przypisano wówczas siedem zabójstw i cztery nieudane napaści. 15 czerwca 1966 roku sprawca uderzył dwa razy jednego dnia.

Milicjantki w ochronnych kaskach

Strach ogarnął cały region. Zakłady pracy organizowały transport dla kobiet kończących nocne zmiany, a rodziny nie pozwalały córkom i żonom samotnie poruszać się po mieście.

Milicja rozstawiła patrole w pobliżu przystanków, fabryk i słabo oświetlonych ulic. W jednej z prowokacji uczestniczyło około stu funkcjonariuszek, które spacerowały samotnie w miejscach wcześniejszych napaści.

Pod chustkami ukrywały ochronne kaski. Liczono, że zabójca wybierze jedną z nich, lecz napastnik nie wpadł w pułapkę.

W 1968 roku zginęła Jolanta Gierek, bratanica Edwarda Gierka. Zabójstwo krewnej wpływowego działacza partyjnego zwiększyło presję na funkcjonariuszy.

Śledczy badali nawet możliwość politycznej prowokacji. Hipoteza nie znalazła jednak mocnego oparcia w dowodach.

Morderstwo, po którym seria ustała

Ostatnią ofiarą przypisaną "Wampirowi z Zagłębia" była Jadwiga Kucianka, zamordowana w marcu 1970 roku. Kilka dni później milicja otrzymała anonimowy list, którego autor zapowiadał koniec zabójstw i chełpił się bezkarnością.

Nie ustalono, kto napisał wiadomość. Równie dobrze mógł to być zabójca, jak i ktoś, kto chciał wykorzystać atmosferę strachu.

W nocy z 14 na 15 marca Piotr Olszowy zabił żonę i dwoje dzieci, podpalił dom, a następnie odebrał sobie życie. Jego zachowanie zwróciło uwagę milicji prowadzącej śledztwo.

Olszowy przebywał wcześniej na imieninach, które odbywały się około trzech kilometrów od miejsca zabójstwa Kucianki. Na pewien czas opuścił jednak przyjęcie, dlatego jego alibi nie obejmowało całego wieczoru.

Pożar zniszczył ciało na tyle, że nie udało się pobrać czytelnych odcisków palców. Podejrzeń wobec Olszowego nigdy nie potwierdzono, ale też nie wykluczono ich z całą pewnością.

Milicja zatrzymuje Marchwickiego

Zdzisław Marchwicki urodził się 18 października 1927 roku w Dąbrowie Górniczej. Podczas wojny Niemcy wysłali go na roboty przymusowe, a później osadzili w obozie Blechhammer.

Po wojnie pracował fizycznie i często popadał w konflikty z otoczeniem. Miał opinię człowieka agresywnego, lecz początkowo nic nie łączyło go bezpośrednio z serią napaści.

Milicja zainteresowała się nim między innymi po otrzymaniu informacji od skonfliktowanej z nim żony. Marchwickiego zatrzymano w styczniu 1972 roku.

Podejrzany długo zaprzeczał, że mordował kobiety. Przyznał się dopiero podczas przeciągających się przesłuchań, lecz później zmieniał zeznania i odwoływał wcześniejsze słowa.

Przemysław Semczuk, który po latach analizował sprawę, uważał, że Marchwicki mógł załamać się pod presją. Przyznanie się nie musiało więc oznaczać, że rzeczywiście był poszukiwanym zabójcą.

Ślady nie pasowały do oskarżonego

Odciski palców zabezpieczone na miejscach zbrodni nie należały do Marchwickiego. Nie znaleziono przy nim również narzędzia, którym zabijano kobiety.

Wątpliwości budził sposób zadawania ciosów. Marchwicki był praworęczny, podczas gdy układ części obrażeń wskazywał na sprawcę posługującego się lewą ręką.

Problematyczne okazały się także rozpoznania dokonane przez ocalałe kobiety. Niektóre widziały napastnika tylko przez chwilę albo w ogóle nie dostrzegły jego twarzy.

Proces rozpoczął się w 1974 roku. Rozprawy odbywały się w sali widowiskowej kopalni "Katowice", a sprawę od początku przedstawiano jak wielkie publiczne widowisko.

Prasa nazywała Marchwickiego "Wampirem z Zagłębia", zanim zapadł wyrok. Społeczeństwo otrzymało więc gotowego winnego, choć materiał dowodowy opierał się głównie na poszlakach i zeznaniach świadków.

Wyrok nie zakończył wątpliwości

Razem ze Zdzisławem oskarżono jego braci i inne osoby z najbliższego otoczenia. Szczególne zainteresowanie budziła postać Jana Marchwickiego, który utrzymywał kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa i był zamieszany w sprawy korupcyjne.

Historyk Tomasz Szymborski sugerował, że proces Zdzisława mógł posłużyć także do rozprawienia się z jego bratem. Brakuje dowodów, które pozwalałyby uznać tę hipotezę za rozstrzygniętą.

Sąd skazał Zdzisława Marchwickiego za 14 zabójstw i siedem usiłowań. Karę śmierci wykonano 26 kwietnia 1977 roku w Katowicach.

Zamknięcie sprawy pomogło w karierze części prowadzących ją funkcjonariuszy. Jerzy Gruba awansował później na komendanta wojewódzkiego, zastępcę komendanta głównego Milicji Obywatelskiej i generała.

Przydomek "wampir" na stałe wszedł do języka polskiej prasy kryminalnej. Joachim Knychała został nazwany "Wampirem z Bytomia", a kilkanaście lat później podobną etykietę otrzymał Robert Warecki, który mordował na warszawskiej Ochocie.

Wykonanie wyroku zakończyło proces, ale nie rozstrzygnęło wszystkich pytań. Marchwicki mógł być seryjnym zabójcą. Mógł też stać się człowiekiem, którego milicja potrzebowała, aby zamknąć przeciągające się i kompromitujące śledztwo.

Wybrane dla Ciebie