Zbrodnia pod Lemanem. Okrucieństwo bolszewików wobec Polaków
W chaosie wielkiego odwrotu i równie gwałtownej kontrofensywy sierpnia 1920 roku rozgrywały się dziesiątki lokalnych starć, które decydowały o losach całych jednostek. Pod niewielką wsią Leman na pograniczu mazurskim doszło do tragedii, która wstrząsnęła opinią publiczną i na długie lata utrwaliła się w zbiorowej pamięci jako symbol bolszewickiego barbarzyństwa.
Pościg za rozbitą kawalerią
Sytuacja strategiczna w połowie sierpnia 1920 roku zmieniała się z godziny na godzinę. Jeszcze tydzień wcześniej wojska sowieckie pędziły na zachód w tempie trzydziestu kilometrów na dobę, a hasło Tuchaczewskiego o marszu przez trupy Polski ku światowej rewolucji wydawało się bliskie realizacji. Kontrofensywa znad Wieprza odwróciła jednak losy wojny i teraz to Armia Czerwona cofała się w nieładzie, ścigana przez polskie oddziały.
III Korpus Kawalerii Gaja, który wcześniej skutecznie obchodził polskie pozycje od północy, znalazł się w pułapce. Odcięty od głównych sił frontu, szukał drogi ucieczki przez pogranicze pruskie. Dowództwo 15 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty, która właśnie zajęła Kolno, otrzymało zadanie przechwycenia uciekających oddziałów sowieckich i zmuszenia ich do kapitulacji.
Misję powierzono II batalionowi Kowieńskiego Pułku Strzelców. Jednostka ta, złożona z ochotników rekrutowanych spośród Polaków z Litwy, miała już za sobą ciężkie walki odwrotowe.
Teraz jednak role się odwróciły i to polscy żołnierze mieli ścigać nieprzyjaciela. Dowódca batalionu major Zygmunt Żaba podjął decyzję o podziale sił, która miała okazać się brzemienna w skutkach.
Fatalne rozdzielenie sił
24 sierpnia po południu batalion wyruszył w dwóch grupach. Porucznik Kazimierz Obuchowicz prowadził swoje kompanie na Wincentę, podczas gdy major Żaba kierował się bezpośrednio do Lemana. Plan zakładał szybkie opanowanie obu miejscowości i połączenie sił przed zmrokiem. Rzeczywistość pokrzyżowała te założenia w sposób tragiczny.
Pod Wincentą wywiązała się zacięta walka z kozakami dońskimi. Polacy odnieśli sukces, zdobywając dwa działa i kilka ciężkich karabinów maszynowych, a nawet porzucony sztandar sowieckiego pułku.
Zwycięstwo kosztowało jednak cenny czas, a gdy porucznik Obuchowicz próbował poprowadzić swój oddział do Lemana, zabłądził na nieznanych leśnych ścieżkach. Zmęczeni żołnierze wrócili do Wincenty na nocleg.
Major Żaba tymczasem dotarł do Lemana z zaledwie połową przewidzianych sił i tam również zarządził odpoczynek. Spodziewał się, że grupa Obuchowicza dotrze lada moment. Tej nocy nikt jeszcze nie wiedział, że pod osłoną ciemności zbliżają się główne siły sowieckiego korpusu kawalerii, desperacko szukające drogi ucieczki za niemiecką granicę.
Ofiara jak pod Termopilami
Świt 25 sierpnia przyniósł koszmar. Sowiecka kawaleria zaatakowała Leman z trzech stron jednocześnie, całkowicie zaskakując polską załogę. Major Żaba błyskawicznie ocenił sytuację i wydał rozkaz odwrotu, zostawiając pluton osłonowy liczący pięćdziesięciu trzech żołnierzy. Ci ludzie wiedzieli, że idą na pewną śmierć.
Ich zadanie było proste i straszliwe zarazem. Musieli związać walką przeważające siły nieprzyjaciela na tyle długo, by reszta batalionu zdołała się wycofać. Walczyli do ostatniego naboju, a gdy amunicja się skończyła, złożyli broń.
To, co nastąpiło potem, przeszło najgorsze obawy. Kozacy nie wzięli jeńców. Czterdziestu pięciu bezbronnych żołnierzy zginęło pod szablami.
Sam Gaj Gaj, dowódca sowieckiego korpusu, opisał później to starcie z ponurą dumą. Jego XV Dywizja Kawalerii rozpaczliwie rzuciła się do szarży i wycięła w pień polskich piechurów. Słowa te, zachowane w sowieckich dokumentach, stały się później dowodem zbrodni wojennej. Ofiara plutonu osłonowego nie poszła jednak na marne, gdyż pozostałe kompanie batalionu wycofały się bez strat.
Propaganda i pamięć
Następnej nocy 59 pułk piechoty odbił Leman, zdobywając cztery działa i trzydzieści karabinów maszynowych. Wyparci za granicę Sowieci ostrzeliwali jeszcze polskie pozycje z terytorium Prus, powodując kolejne ofiary. Dopiero dwudziestego szóstego sierpnia Niemcy rozbroili wreszcie kozaków na swoim terytorium, kończąc bitwę. Na placu boju pozostały ciała czterdziestu pięciu żołnierzy Kowieńskiego Pułku Strzelców.
Gdy zagrożenie minęło, władze wojskowe i cywilne dostrzegły propagandowy potencjał tragedii. Zwłoki uroczyście przewieziono do Kolna i złożono na cmentarzach z honorami godnymi największych bohaterów. Dziennikarze uwiecznili pogrzeb, a jedno ze zdjęć obiegło całą Polskę. Przedstawiało ciała ułożone tak, by na pierwszy plan wysunąć tych zabitych szablami i bagnetami.
Gazety rozpisywały się o bolszewickim barbarzyństwie, czasem mieszając fakty z Lemana z równie okrutną zbrodnią pod Chorzelami. Polegli Kowieńczycy szybko doczekali się okazałego pomnika, podczas gdy groby innych żołnierzy poległych przy wyzwalaniu Kolna pozostały zapomniane. Tak propaganda wojenna tworzyła hierarchię bohaterów, wybierając te ofiary, które najlepiej służyły celom politycznym, choć heroizm obrońców Lemana pozostaje bezsporny.