Niemrawe początki niedoszłego rekordzisty
Październik 1942 roku, front wschodni. Świeżo upieczony podporucznik melduje się w słynnej eskadrze JG 52. Do dyspozycji ma myśliwiec Bf-109G, nad głową mroźne niebo nad stepem i przed sobą pierwsze tygodnie służby, które nijak nie zapowiadały kariery największego asa w dziejach.
Na pierwsze zwycięstwo musiał czekać aż do 5 listopada, a i ono wyglądało raczej na dzieło przypadku niż zapowiedź czegoś wielkiego.
Pierwszy mentor Hartmanna, doświadczony Eduard Rossmann, dostrzegł wprawdzie w młodym pilocie spory talent, ale też tak rażące braki taktyczne, że niejeden surowy dowódca szybko spisałby go na straty. Drugi opiekun, Walter Krupinski, podszedł do narwanego młodzieńca zupełnie inaczej – z czasem stał się jego bliskim przyjacielem i wbił mu do głowy, że podniebne piruety to najkrótsza droga do grobu.
Na razie jednak nikt nie wróżył chłopakowi sukcesów. W pierwszych miesiącach Hartmann latał przeciętnie, rwał się do walki bez planu i strzelał z bezpiecznego, zbyt dużego dystansu.
Przełom nadszedł w 1943 roku, gdy w młodym pilocie coś nagle pękło. Ruszyła lawina gwałtownych zestrzeleń radzieckich maszyn, a wraz z nią pojawiła się niezachwiana pewność siebie i własna, wypracowana w bólach metoda walki. Zasadzka z zaskoczenia, podejście na odległość kilkudziesięciu metrów, jedna krótka salwa i natychmiastowe odejście w dół. Koniec z popisami, koniec z długimi, wycieńczającymi pojedynkami kołowymi.
Czarny Diabeł i nerwy w sztabie
Dnia 7 lipca 1943 roku, w samym piekle bitwy pod Kurskiem, Hartmann udowodnił skuteczność swojej taktyki, strącając aż siedem samolotów jednego dnia. Miesiąc później, tuż po swoim dziewięćdziesiątym zwycięstwie, sam runął na ziemię po zderzeniu z odłamkami ofiary.
Wpadł w sowieckie ręce, ale uśpił czujność strażników, udając ciężko rannego, i uciekł im prosto spod nosa, by pieszo wrócić do jednostki. Machina propagandowa III Rzeszy potrafiła być wdzięczna swoim bohaterom, ale wojskowi decydenci potrafili też patrzeć im na ręce z ogromną nieufnością.
W 1944 roku kolejne zgłoszenia Hartmanna kontrolowano podwójnie, a czasem nawet potrójnie. Do jego jednostki przydzielono nawet specjalnego obserwatora, który miał osobiście weryfikować każde trafienie.
Trudno się jednak dziwić tej podejrzliwości, skoro w ciągu zaledwie jednego roku pilot zameldował 172 zwycięstwa – wynik, który do dziś pozostaje absolutnie niepobity. Sowieci doskonale znali już jego sygnał wywoławczy "Karaja Jeden" i wyznaczyli za jego głowę zawrotną nagrodę.
Na nosie swojego Messerschmitta Hartmann kazał wymalować charakterystyczny czarny tulipan. Znak ten okazał się jednak tyleż efektowny, co niepraktyczny. Radzieccy piloci na widok złowrogiego ornamentu natychmiast ratowali się ucieczką, przez co asowi zaczęło brakować okazji do walki.
Ostatecznie Hartmann oddał ozdobioną maszynę nowicjuszom, by samemu latać incognito i uderzać z ukrycia. Dla Rosjan i tak pozostał mitycznym "Czarnym Diabłem".
Trzysta zestrzeleń i nerwowy Göring
Dnia 24 sierpnia 1944 roku Hartmann przekroczył magiczną barierę trzystu zwycięstw, kończąc ten niesamowity dzień z jedenastoma strąceniami na koncie. Wynik ten zakrawał na szaleństwo i wywołał reakcję, jakiej nikt w eskadrze się nie spodziewał.
Hermann Göring, znany z zamiłowania do teatralnych gestów, czasowo zakazał asowi lotów bojowych. Dowództwo panicznie bało się bowiem, że ewentualna śmierć żywej legendy doszczętnie złamie i tak nadszarpnięte morale Luftwaffe.
Sam Hartmann patrzył na swoje astronomiczne rekordy z dystansem, który potrafi zadziwić. Przez całą wojnę powtarzał jak mantrę, że znacznie ważniejsze od liczby strąconych samolotów wroga było dla niego to, że nigdy nie utracił swojego skrzydłowego.
W powietrzu był wytrawnym, zimnym profesjonalistą, a w rozmowach z młodymi lotnikami przypominał raczej wyważonego nauczyciela niż pewną siebie gwiazdę. Liczyły się dla niego wyłącznie żelazna dyscyplina, chłodna kalkulacja i całkowita rezygnacja z widowiskowych, ale ryzykownych ewolucji.
Pod koniec 1944 roku na jego liście sukcesów zaczęły pojawiać się także ciężkie maszyny amerykańskie, w miarę jak niebo nad Europą stawało się coraz bardziej zatłoczone. Na początku 1945 roku as kategorycznie odmówił przejścia do elitarnej jednostki nowatorskich myśliwców odrzutowych Me-262, którą formował Adolf Galland. Wolał lojalnie zostać przy starym, dobrze oswojonym Messerschmitcie i swoich ludziach.
Swoje ostatnie zwycięstwo – i zarazem ostatnie oficjalne zwycięstwo Luftwaffe w tej wojnie – zameldował rankiem 8 maja 1945 roku nad Brnem, zaledwie kilka godzin przed bezwarunkową kapitulacją Niemiec.
Dziesięć lat łagru i drugie życie
825 stoczonych walk powietrznych, czternaście przymusowych lądowań, ani jednej rany i ani jeden stracony boczny – ten bilans brzmi jak podrasowana legenda, a nie suchy raport wojskowy.
Tyle że to, co spotkało Hartmanna po wojnie, okazało się znacznie cięższą próbą niż wszystko, co przeżył w ciasnej kabinie myśliwca. Amerykanie, którym lojalnie się poddał wraz z całym dywizjonem, bez mrugnięcia okiem przekazali go Sowiecom, a ci doskonale pamiętali udrękę, jaką siał ich "Czarny Diabeł".
Skazano go na dziesięć lat ciężkiego łagru, a absurdalne oskarżenia o rzekome zbrodnie wojenne dolepiono naprędce, byle tylko nadać pozorów prawa zwykłej, politycznej zemście. Hartmann jednak nie dał się złamać. Konsekwentnie odmawiał jakiejkolwiek współpracy z obozowymi władzami i ostro protestował przeciwko pokazowemu procesowi.
Wytrzymał wszystko: mordercze izolatki, psychiczne naciski oraz kuszące propozycje natychmiastowego zwolnienia w zamian za przejście na stronę nowo tworzonego lotnictwa NRD. Do zniszczonych wojną Niemiec wrócił dopiero w połowie lat pięćdziesiątych.
Swoje drugie życie zaczął dokładnie tam, gdzie zmuszony był przerwać pierwsze – za sterami samolotu. Przez długie lata służył w nowo powstałych siłach powietrznych Republiki Federalnej Niemiec, gdzie jako pułkownik szkolił młodych pilotów na nowoczesnych odrzutowcach, na które pod koniec wojny nie chciał nawet spojrzeć.
Odszedł ze służby w 1970 roku, a jego wojennego rekordu nikt już nie pobił i z racji zmiany realiów pola walki prawdopodobnie nigdy nie pobije. Sam Hartmann podsumował swoją karierę prostymi słowami, które najlepiej oddają jego lotniczą filozofię: dobry pilot to nie ten, który najwięcej strąca, ale ten, który zawsze wraca z misji do domu.
Wybrana bibliografia
- Erich Hartmann - powstawanie asa [https://historia.org.pl/2009/03/17/erich-hartmann-powstawanie-asa/]
- Erich Hartmann, as myśliwski wszech czasów [https://warhist.pl/ciekawostka/erich-hartmann-as-mysliwski/]