Ostatnie dni Kobieli. Zmarł osiem dni po tragicznym wypadku

Bogumił Kobiela zginął w wieku 38 lat, osiem dni po wypadku samochodowym pod Koronowem. Zdążył zagrać jedną z najsłynniejszych ról polskiego kina, ale zabrakło mu czasu na rolę, którą wielu uważa dziś za jego drugą wielką szansę. Historia jego kariery i śmierci od lat wraca w rozmowach o pokoleniu aktorów, które odeszło przedwcześnie.

 Bogumił Kobiela Bogumił Kobiela
Źródło zdjęć: © NAC

Chłopak z Katowic, który podbił teatry

Urodził się 31 maja 1931 roku w Katowicach. Aktorstwa uczył się w krakowskiej PWST, którą ukończył w 1953 roku. Od tego momentu jego kariera nabrała tempa w sposób, jakiego mało kto się spodziewał po debiutancie ze Śląska.

Przez kolejne szesnaście lat pracował właściwie wszędzie naraz. Grał w teatrach Gdańska i Warszawy, występował w kabaretach, pojawiał się w telewizji.

To właśnie w Gdańsku, razem ze Zbigniewem Cybulskim, współtworzył legendarny Bim-Bom, jeden z najważniejszych teatrzyków studenckich tamtej epoki. Ta współpraca ukształtowała obu artystów i związała ich nazwiska na trwałe.

Kino odkryło go szybko. Reżyserzy tacy jak Andrzej Munk i Andrzej Wajda dostrzegli w nim rzadką umiejętność łączenia komizmu z dramatem.

Widzowie zapamiętali go najbardziej jako Jana Piszczyka z filmu "Zezowate szczęście" z 1960 roku, rolę, która do dziś uchodzi za jedną z najlepszych tragikomicznych kreacji w historii polskiego kina.

Talent, którego nie zdążono w pełni wykorzystać

Po jego śmierci publicyści zaczęli zastanawiać się, czy Kobiela w ogóle miał szansę pokazać pełnię swoich możliwości. Andrzej Kołodyński w jednej z radiowych audycji zwrócił uwagę, że aktor rozpraszał się między teatrem, kabaretem i telewizją, co mogło ograniczać jego rozwój w kinie.

Inni rozmówcy tej samej audycji przypominali, że pod koniec życia Kobiela coraz częściej sięgał po role poważniejsze, dramatyczne, jakby szukał nowego kierunku dla swojego emploi.

Andrzej Luter, publicysta "Więzi", pisał w 2019 roku, że siła Kobieli tkwiła właśnie w tym połączeniu, w umiejętności przechodzenia od śmiechu do powagi bez fałszywej nuty. Jerzy Gruza wspominał po latach, że aktor dawał widzom coś rzadkiego, czyli poczucie swobody, przełamywał sztywne konwenanse sceny i ekranu.

Rok 1970 miał przynieść mu rolę w "Rejsie", filmie, który później stał się kultowy. Kobiela był obsadzony w głównej roli. Śmierć przekreśliła ten plan, a rola trafiła do innego aktora.

Wyjazd nad morze, który skończył się tragedią

Drugiego lipca 1969 roku Kobiela wyruszył z żoną Małgorzatą na krótki odpoczynek nad morze. Po drodze zabrali dwóch autostopowiczów.

Jerzy Gruza sugerował w późniejszym wywiadzie, że dodatkowy bagaż i pasażerowie mogły wpłynąć na prowadzenie samochodu w trudnych warunkach.

W okolicach Buszkowa koło Koronowa BMW Kobieli wpadło w poślizg na mokrej drodze i zderzyło się z autobusem. Aktor doznał ciężkich obrażeń wewnętrznych, pękła mu śledziona, doszło do groźnego krwotoku.

Mimo bólu pierwszą myślą Kobieli nie była własna kondycja, tylko los żony. Prosił obecnych na miejscu wypadku, by zajęli się Małgorzatą, bagatelizując przy tym swój stan.

To opóźniło rozpoznanie powagi jego obrażeń. Lekarze przeprowadzili operację po krwotoku, po której nastąpiła krótka poprawa.

Potem stan aktora gwałtownie się pogorszył. Dziesiątego lipca 1969 roku Bogumił Kobiela zmarł w gdańskim szpitalu, osiem dni po wypadku, mając 38 lat. Pochowano go w Tenczynku.

Dwie śmierci, które wstrząsnęły polskim kinem

Środowisko filmowe przyjęło tę wiadomość jako kolejny cios. Niecałe dwa lata wcześniej, w 1967 roku, zginął Zbigniew Cybulski, przyjaciel i partner sceniczny Kobieli z czasów Bim-Bomu.

Obaj odeszli przed czterdziestką, obaj byli symbolami pokolenia, które na nowo określiło język polskiego kina. Ich śmierci w krótkim odstępie czasu wzmocniły poczucie, że kraj stracił dwóch wyjątkowych twórców w najlepszym momencie ich kariery.

Wśród rzeczy po Kobieli znaleziono list do żony, w którym pisał o lęku przed nieszczęściem. Po wypadku ten fragment zaczęto odczytywać jako niepokojące przeczucie, choć w chwili pisania z pewnością nie miał on takiego wydźwięku.

Małgorzata Kobiela do końca życia pielęgnowała pamięć męża i nigdy ponownie nie wyszła za mąż. Jego nazwisko pozostało w historii polskiego kina jako symbol talentu przerwanego zbyt wcześnie, w momencie, gdy dopiero zaczynał pokazywać, do czego naprawdę był zdolny.

Wybrane dla Ciebie