Marzenie o etnicznie czystej Rzeszy
Hasło "Heim ins Reich", czyli "powrót do Rzeszy", brzmiało niczym sentymentalne zaproszenie do rodzinnego domu. W rzeczywistości kryła się za nim jedna z najbardziej cynicznych operacji demograficznych XX wieku.
Naziści chcieli ściągnąć Volksdeutschów rozsianych po całej Europie Środkowo-Wschodniej i osadzić ich na ziemiach świeżo wydartych innym narodom. Wszystko po to, by zbudować jednolity etnicznie blok od Renu aż po Ural.
Przygotowania ruszyły jeszcze przed wojną. SS-owskie biura skrupulatnie spisywały niemieckie mniejszości w Rumunii, krajach bałtyckich, na Wołyniu i w Besarabii. Każde nazwisko, każda zagroda, każdy hektar trafiały do kartotek. Kiedy nadszedł odpowiedni moment, urzędnicy wiedzieli już dokładnie, kogo i skąd wyrwać.
Logika była prosta i przerażająca zarazem. Sprowadzić jednych, wypędzić drugich.
Niemiecki rolnik z głębi stepu miał dostać polską chałupę, polską oborę i polskie pole, a dotychczasowy gospodarz wraz z rodziną mógł co najwyżej zabrać tobołek i ruszyć w nieznane. Republika weimarska próbowała kiedyś z mniejszościami żyć, Trzecia Rzesza wolała je przesuwać po mapie jak pionki.
Chełmszczyzna w trybach machiny
Akcja chełmska ruszyła 3 września 1940 roku. Pierwszy transport miejscowych Niemców wyjechał do Śremu, choć dotarł tam dopiero po dwudziestu czterech dniach.
Już sama ta podróż mówi sporo o sprawności rzekomo perfekcyjnej niemieckiej organizacji. W papierach wszystko grało, w praktyce kolumny grzęzły gdzieś między stacjami.
Całością kierowała VoMi, czyli Volksdeutsche Mittelstelle, przez biura w Chełmie i Cycowie, a wysiedleniami polskich gospodarzy zajmował się sztab SS w Lublinie.
Kolonistów rozdzielano po Kraju Warty, kierując ich do Gniezna, Środy, Ostrowa i Kalisza. Każdy dostawał gotowe gospodarstwo z inwentarzem, czasem nawet z ciepłym jeszcze chlebem na stole. Poprzednich właścicieli wywieziono kilka dni wcześniej, najczęściej do Generalnego Gubernatorstwa albo na roboty w głąb Rzeszy.
Do połowy 1941 roku machina przerobiła blisko 33 tysiące Volksdeutschów z ziemi chełmskiej i lubelskiej. Około 19 tysięcy z nich osadzono w Kraju Warty. Nikt z urzędników nie pytał, czy ci ludzie chcą jechać. Decyzja zapadała w Berlinie, a sprzeciw nie wchodził w grę.
Najgorsza była jednak nie sama skala, lecz absurdalna pewność siebie planistów. W gabinetach SS rysowano mapy sięgające Uralu, dzielono ziemie, których jeszcze nie zdobyto, i wyznaczano przyszłe wsie na terenach, gdzie miano dopiero wymordować mieszkańców.
Akcja chełmska była pierwszym, jeszcze niewielkim krokiem ku tej szaleńczej wizji. Krokiem, który zapłacili swoim losem zarówno wypędzeni Polacy, jak i Niemcy zwabieni obietnicą lepszego jutra na cudzej ziemi.