Bazy, które otworzyły drogę nad Japonię
Przez większość wojny japońskie wyspy macierzyste pozostawały poza zasięgiem alianckich bombowców. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy Amerykanie opanowali Mariany.
Lotniska na Guam, Saipanie i Tinianie leżały na tyle blisko, że ciężkie B-29 mogły wreszcie regularnie startować na Tokio i wracać. To właśnie z tych trzech wysp ruszyła później machina, która zmiotła japońską stolicę.
Pierwsze próby okazały się jednak rozczarowaniem. Nalot z 24 listopada 1944 roku, jeden z pierwszych większych ataków na Tokio, przyniósł niewielkie efekty.
Bomby zrzucano z ogromnej wysokości, gdzie wiatry rozrzucały je daleko od celów, a precyzja okazywała się iluzoryczna. Amerykańscy dowódcy szybko zrozumieli, że dotychczasowa taktyka po prostu nie działa.
Wnioski z tych niepowodzeń doprowadziły do zmiany całej koncepcji.
Zamiast bombardować z dużego pułapu ładunkami burzącymi, postanowiono uderzyć nisko i ogniem. Drewniana, gęsta zabudowa japońskich miast aż się o to prosiła.
Noc z 9 na 10 marca
Operacja "Meetinghouse" ruszyła nocą z 9 na 10 marca 1945 roku. Z Guam, Saipanu i Tinianu wystartowało 325 bombowców B-29, które tym razem nadleciały z niskiego pułapu i uderzały falami, koncentrując cały ciężar ataku na wschodniej części Tokio.
Na te dzielnice spadło 1667 ton bomb zapalających. Przy ciasnej, drewnianej zabudowie efekt był natychmiastowy i przerażający.
Japońska obrona okazała się bezradna. Przeciwko armadzie bombowców można było wystawić zaledwie garść przestarzałych myśliwców, które nie miały szans powstrzymać kolejnych fal nadlatujących maszyn.
Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie z domu na dom, powodując gigantyczne pożary, które pożerały całe kwartały. W ciągu kilku godzin spłonęło około 41 km² miasta i blisko 250 tysięcy domów.
Ludzie ginęli nie tyle od samych bomb, ile od żywiołu, który one rozpętały. Najgorsze sceny rozegrały się nad rzeką Sumidą, dokąd mieszkańcy uciekali przed ścianą płomieni.
Wielu zginęło w ogniu, w dymie albo zostało stratowanych w panicznej ucieczce. Oficjalnie podano 83 tysiące ofiar, choć część badaczy sądzi, że zabitych było znacznie więcej.
Bilans, który porównywano z bombą atomową
Skala zniszczeń całej kampanii bombowej nad Tokio przerasta wyobraźnię. Pożary wywołane nalotami strawiły około 277 tysięcy budynków, a liczba zabitych w różnych szacunkach waha się od ponad 72 tysięcy do nawet 120 tysięcy.
Te rozbieżności wynikają z chaosu, jaki panował w mieście, oraz z trudności w policzeniu ofiar pochłoniętych przez ogień.
Operacja "Meetinghouse" pokazała, że konwencjonalne bombardowanie gęsto zabudowanego miasta potrafi zabić równie skutecznie jak nowa broń, o której świat miał się dowiedzieć dopiero kilka miesięcy później.