Śmierć "Żelaznego". Tak zginął człowiek, który był postrachem UB 

Zdzisław Badocha, znany w lasach pod pseudonimem "Żelazny", należał do tych żołnierzy podziemia, których nazwiska komuniści woleli wymazać niż wypowiadać na głos. Dowodził 2. szwadronem 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej i przez kilka miesięcy 1946 roku skutecznie kpił z aparatu bezpieczeństwa. Zginął, nim skończył dwadzieścia trzy lata, a miejsce jego pochówku do dziś pozostaje nieznane.

Zdzisław Badocha "Żelazny"Zdzisław Badocha "Żelazny"
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Powrót do walki i pierwsze szwadrony

Na przełomie lutego i marca 1946 roku 5 Brygada Wileńska znów ruszyła do działania, a Badocha objął najpierw dowodzenie patrolem, by wkrótce stanąć na czele 2. szwadronu.

Jego ludzie poruszali się po Borach Tucholskich oraz po obszarach województw gdańskiego i szczecińskiego, gdzie las dawał schronienie, a rzadka sieć posterunków ułatwiała szybkie uderzenia. Taktyka oddziału była prosta i bezwzględnie skuteczna: rozbrajać patrole i posterunki, zdobywać broń, raz po raz uderzać w struktury UB i MO.

Każda taka akcja oznaczała dla podziemia nową partię karabinów, a dla władzy kolejny dowód, że kontroluje teren tylko na papierze.

Szwadron uderzał i znikał, zanim zdążono ściągnąć posiłki. Badocha łączył odwagę z wyczuciem terenu i chłodną kalkulacją, co czyniło go dowódcą trudnym do schwytania.

W reakcji na te uderzenia komuniści zaczęli kierować przeciw niemu coraz większe siły bezpieczeństwa, traktując jego oddział jako poważne zagrożenie, a nie zwykłą bandę. Pościg jednak wciąż się spóźniał.

Major Zygmunt Szendzielorz "Łupaszko" dostrzegał w młodym dowódcy wyjątkowy talent. Wyróżnił go sygnetem brygady i zgłosił do odznaczenia Krzyżem Virtuti Militari za odwagę oraz zdolności dowódcze.

Rajd, o którym usłyszano w Londynie

Najgłośniejszą operacją "Żelaznego" stał się rajd z 19 maja 1946 roku. W ciągu jednej akcji jego ludzie rozbroili siedem posterunków Milicji Obywatelskiej i uderzyli w placówki Urzędu Bezpieczeństwa, paraliżując na chwilę cały lokalny aparat represji. Zdobyto broń i amunicję, a wśród zabitych funkcjonariuszy znalazł się także sowiecki oficer powiązany z UB.

Skala przedsięwzięcia była tak duża, że wiadomość o nim przebiła się za żelazną kurtynę i dotarła za granicę za pośrednictwem BBC.

Echo tego sukcesu wzmocniło legendę oddziału i samego dowódcy. To właśnie po majowym rajdzie "Łupaszko" postanowił uhonorować Badochę sygnetem brygady i wystąpić o Virtuti Militari.

Komunistyczne władze odebrały sprawę inaczej: skoro jeden szwadron potrafił w jeden dzień zdemontować siedem posterunków, należało rzucić przeciw niemu siły, których dotąd żałowano.

Na początku czerwca oddział wciąż wymykał się obławom, przenosząc działania w rejon Dzierzgonia i Sztumu. Atakowano posterunki milicji, a przeciwnik wciąż nie potrafił przewidzieć następnego ruchu.

Pętla jednak się zaciskała, choć żołnierze jeszcze tego nie czuli.

Tulice, Czernin i zdrada łączniczki

Punktem zwrotnym okazało się starcie w Tulicach 10 czerwca 1946 roku. Funkcjonariusze UB i MO zaatakowali szwadron, lecz w walce ponieśli klęskę, a mimo to zapłacono za nią wysoką cenę.

"Żelazny" został ciężko ranny. Opatrzyła go Danuta Siedzikówna "Inka", po czym rannego dowódcę przewieziono kolejno do Zielenic i Czernina, gdzie miał dochodzić do zdrowia w majątku administrowanym przez Ottomara Zielkego.

Rekonwalescencja przeciągała się, a Badocha planował powrót do oddziału z pomocą kuriera Stanisława Szczykny "Stacha". Bezpieka tymczasem cierpliwie zbierała informacje.

Trop do kryjówki wskazała wcześniej aresztowana łączniczka Regina Żylińska, której zeznania doprowadziły funkcjonariuszy wprost do Czernina. Zdrada, choć wymuszona aresztowaniem, przesądziła o losie dowódcy.

28 czerwca 1946 roku "Żelazny" siedział przy posiłku w towarzystwie Szczykny i Józefa Piątka, gdy do majątku wkroczyła milicja. Badocha próbował przerwać obławę i wydostać się z pułapki, lecz po kolejnym zranieniu i wybuchu granatu zginął.

Józef Piątek zdołał wówczas uciec, choć później go aresztowano i skazano. Stanisław Szczykno przeżył więzienie i po latach zabiegał o upamiętnienie żołnierzy "Łupaszki".

Ciało dowódcy rozpoznano po sygnecie 5 Brygady z dedykacją od "Łupaszki", tym samym, który miał być nagrodą za odwagę. Miejsce pochówku "Żelaznego" pozostało nieznane, a jego rodzina poznała okoliczności śmierci dopiero po wielu latach.

Tak skończył dwudziestodwuletni dowódca, którego nazwisko komuniści usiłowali zatrzeć równie skutecznie, jak zataili jego grób.

Wybrane dla Ciebie