Zbrodnia w Baligrodzie. Zaplanowana rzeź UPA pod kościołem

W pierwszą niedzielę sierpnia 1944 roku Baligród żył w napięciu, którego nikt nie potrafił rozładować. Mieszkańcy szli do kościoła tak, jak co tydzień, lecz w powietrzu wisiał strach podsycany wieściami z okolicznych wsi. Zaledwie kilka dni wcześniej oddziały UPA wymierzyły śmierć Polakom ze Średniej Wsi, a sam Baligród miał już wkrótce stać się celem dokładnie zaplanowanego uderzenia.

Zbrodnia w Baligrodzie. Zaplanowana rzeź UPA pod kościołemZbrodnia w Baligrodzie. Zaplanowana rzeź UPA pod kościołem
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Niedziela pod kościołem

Rankiem 6 sierpnia 1944 roku miasteczko zostało zamknięte. Trzy sotnie UPA z oddziału dowodzonego przez Włodzimierza Szczygielskiego, znanego pod pseudonimem "Burłaka", otoczyły Baligród, nadciągając między innymi od strony Stężnicy i Huczwic.

Napastnicy działali metodycznie, według z góry przygotowanego planu, a nie w przypadkowym ataku rabunkowym.

Polaków zatrzymywano przy kościele, kazano im okazywać dokumenty, a mężczyzn wybierano do rozstrzelania. Część wyprowadzono spod świątyni i zabito na miejscu, innych wyciągano z domów i z ulic.

Według ustaleń historyków lista osób przeznaczonych na śmierć powstała wcześniej, przygotowana przez lokalne struktury OUN, co tłumaczy, dlaczego napastnicy tak dobrze wiedzieli, kogo szukają.

Bilans tamtego dnia był druzgocący. Zginęło 39 Polaków, a do tego jeden Ukrainiec, którego w dokumentach zapisano jako Polaka.

Ocaleni nie czekali na rozwój wypadków. Gdy oddziały UPA opuściły miasteczko, ludzie uciekali w góry i ukrywali się tam całymi rodzinami, przekonani, że kolejny atak to tylko kwestia czasu.

Ksiądz, który zastąpił drogę

W tej tragedii zapisał się jednak czyn, który ocalił ludzkie życie. Greckokatolicki duchowny, ksiądz Mirosław Oleszko, stanął napastnikom na drodze i nie pozwolił im wejść do kościoła, w którym ukrywali się przerażeni mieszkańcy. Jego interwencja powstrzymała mord tych, którzy schronili się w murach świątyni.

Nie był jedynym, który tamtego dnia zachował się podobnie. Część Polaków zawdzięczała życie ukraińskim sąsiadom, a nawet pojedynczym członkom UPA, którzy zdecydowali się pomóc.

Takie gesty nie zmieniały skali zbrodni, ale pokazywały, że nawet w zaplanowanej akcji granica między katem a wybawcą bywała kwestią indywidualnego wyboru.

Pamięć o ratującym kapłanie z czasem się zatarła. W późniejszych przekazach jego nazwisko mylono, w niektórych relacjach pojawiał się jako "Olenko", choć badacze ustalili, że chodziło właśnie o księdza Mirosława Oleszkę.

Po wojnie duchowny wyjechał na Zachód, posługiwał w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, a zmarł w 1998 roku.

Sam atak zakończył się nagle. Gdy do napastników dotarły informacje o pojawieniu się w okolicy sowieckich partyzantów, oddział UPA wycofał się z Baligrodu, pozostawiając za sobą ciała i pogrążone w żałobie miasteczko.

Powrót po roku

Zbrodnia w Baligrodzie nie była odosobnionym epizodem, lecz elementem szerszych, zaplanowanych działań wymierzonych w polską ludność Małopolski Wschodniej.

Wcześniejsze porwanie i zabicie Polaków ze Średniej Wsi wpisywało się w tę samą logikę zastraszania, która ogarnęła całą okolicę. Polacy próbowali jeszcze ratować sytuację dyplomatycznie.

Delegacja mieszkańców usiłowała uzyskać od lokalnego dowódcy UPA zapewnienie bezpieczeństwa. Rozmowy nie dały jednak żadnej gwarancji, bo zaledwie kilka dni później doszło do kolejnych zabójstw. Negocjacje okazały się fikcją, a obietnice nie miały pokrycia.

Rok po masakrze pod kościołem UPA wróciła do Baligrodu. Tym razem celem stał się posterunek milicji, na który napastnicy uderzyli 1 sierpnia 1945 roku. Obrona trwała aż do rana, a gdy szturm się nie powiódł, atakujący spalili siedem domów i odeszli.

Wybrane dla Ciebie