Burmistrz na stosie. Tragiczna śmierć Mikołaja Grunberga

Na poznańskim rynku 25 czerwca 1453 roku spłonął człowiek, który przez niemal dekadę wymykał się sądom kościelnym. Mikołaj Grunberg, niegdyś rajca, a potem burmistrz Zbąszynia, do końca nie zgodził się odwołać tego, w co wierzył. Jego śmierć przypieczętowała los husytyzmu w niewielkim wielkopolskim miasteczku.

Burmistrz na stosie. Tragiczna śmierć Mikołaja GrunbergaBurmistrz na stosie. Tragiczna śmierć Mikołaja Grunberga
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

Burmistrz, który nie chciał się ugiąć

Husytyzm dotarł do Zbąszynia podobnie jak w wiele innych miejsc Wielkopolski, czyli najpierw do mieszczan, a potem dalej. Grunberg należał do tego grona i przez długi czas mógł czuć się względnie bezpiecznie, bo nad miejscowymi wyznawcami trzymał parasol ochronny Abraham ze Zbąszynia, możny pan tych ziem.

Dopóki żył wpływowy protektor, sądy kościelne nie miały łatwego dostępu do jego poddanych. Sytuacja zmieniła się jednak gwałtownie, gdy biskupi inkwizytorzy zaczęli pokazywać, na co ich stać.

Represje wobec husytów miały jasny cel: zastraszyć każdego, kto myślał o odstępstwie od Kościoła. Kiedy w Zbąszyniu spłonęło na stosie kilku wyznawców nauk Husa, Abraham szybko skalkulował koszty dalszego wspierania ruchu i wycofał swoje poparcie.

Decyzja możnowładcy odebrała miejscowym husytom polityczną osłonę, a oni jeden po drugim zaczęli trafiać przed sądy kościelne. Część z nich uratowała życie, wracając na łono katolicyzmu i wyrzekając się dawnych przekonań.

Grunberg wybrał inną drogę. Biskup poznański Andrzej Bniński wielokrotnie oskarżał go o herezję, lecz burmistrz przez niemal dziesięć lat skutecznie unikał przesłuchań, raz się ukrywając, raz wypraszając kolejne odroczenia.

Taka gra nie mogła trwać wiecznie. Ostatecznie go schwytano, postawiono przed inkwizycją i uznano za heretyka nieustępliwego, czyli takiego, którego nie da się nawrócić.

Wyrok zapadł, a kara była okrutna i jednoznaczna. Grunberga spalono w Poznaniu 25 czerwca 1453 roku, a wraz z jego śmiercią husytyzm w Zbąszyniu po prostu wygasł. Bez przywódców, bez protektora i bez nadziei na bezkarność nikt nie chciał już dłużej trwać przy potępianej nauce.

Idee, które przyszły z Czech

Cała ta historia miała swój początek daleko od Wielkopolski. Egzekucja Jana Husa w 1415 roku wstrząsnęła Czechami i stała się iskrą, od której zapłonął bunt, a w końcu długie wojny husyckie.

Nauki czeskiego reformatora nie zatrzymały się jednak na granicach jego kraju, lecz rozlały się szerzej, docierając do Niemiec, na Węgry i do Polski. W Koronie znajdowały posłuch wśród mieszczan, chłopów, a nawet przedstawicieli możnych rodów.

Polscy władcy odnosili się do husytyzmu z chłodną kalkulacją. Władysław Jagiełło początkowo udzielał umiarkowanym husytom wsparcia politycznego i militarnego, dostrzegając w nich potencjalnych sojuszników.

Pod naciskiem Kościoła musiał jednak zmienić front i w 1424 roku oficjalnie potępił ruch. Polityka rządziła się jednak własnymi prawami, bo mimo tego potępienia król nie zawahał się wykorzystać oddziałów husyckich w 1433 roku w wojnie przeciw zakonowi krzyżackiemu.

Z czasem zarzut husytyzmu przestał być wyłącznie sprawą wiary i stał się wygodnym narzędziem w rozgrywkach o władzę. Oskarżenie o sprzyjanie heretykom rzucano chętnie zwłaszcza w stronę przeciwników biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, jednego z najpotężniejszych ludzi w państwie. W ten sposób spory teologiczne mieszały się z walką polityczną, a granica między jednym a drugim coraz bardziej się zacierała.

Punkt zwrotny przyniósł rok 1439. Stronnicy Spytka z Melsztyna, sprzyjający husytom, ponieśli klęskę w bitwie pod Grotnikami, co poważnie osłabiło ruch w Polsce i jednocześnie umocniło obóz Oleśnickiego.

Po tej porażce husytyzm w Koronie tracił impet, a kilkanaście lat później dogasał już w pojedynczych miastach, takich jak Zbąszyń. Śmierć Mikołaja Grunberga była tylko jednym z ostatnich akordów tej historii.

Wybrane dla Ciebie