Oficer, który stał się badaczem
Scott zaczął służbę morską jeszcze jako nastolatek i wychowywał się w żelaznej dyscyplinie Royal Navy. Z czasem zyskał opinię człowieka opanowanego, zdolnego do dowodzenia w trudnych warunkach, a to w epoce zafascynowanej białymi plamami na mapie znaczyło bardzo wiele.
Życie szybko obarczyło go też obowiązkami, które nie miały nic wspólnego z marzeniami o przygodzie.
Rodzina Scotta straciła majątek, a po śmierci ojca młody oficer musiał finansowo wspierać matkę i siostry. Gdy zmarł również jego brat, na barki Roberta spadła rola głowy rodziny. Kariera w marynarce przestała być wyłącznie kwestią ambicji i stała się sposobem na utrzymanie bliskich.
Przełom przyszedł dzięki Clementsowi Markhamowi, wpływowemu protektorowi badań polarnych, który dostrzegł w Scotcie odpowiedniego kandydata na dowódcę. Z jego poparciem Scott objął kierownictwo Brytyjskiej Ekspedycji Antarktycznej.
Wyprawa Discovery, która wyruszyła w 1901 roku, dotarła dalej na południe niż jakakolwiek wcześniejsza i przyniosła swojemu dowódcy rozgłos w całym imperium.
Wyścig, który nie był wyścigiem
W 1910 roku Scott ponownie ruszył na Antarktydę. Tym razem cel był podwójny: zdobyć biegun południowy i prowadzić badania naukowe, które miały uzasadnić cały wysiłek.
Już sam start nie wróżył dobrze, bo statek Terra Nova napotkał sztorm i lód, które opóźniły dotarcie na miejsce.
W tle pojawił się Roald Amundsen. Norweg początkowo mówił publicznie o wyprawie na biegun północny, lecz w pewnym momencie zmienił plany i skierował się na południe.
Prasa natychmiast zaczęła przedstawiać całą sprawę jako wyścig dwóch narodów, choć cele obu ekspedycji wcale nie były identyczne. Scott ciągnął ze sobą cały aparat badawczy, podczas gdy Amundsen skupił się wyłącznie na jednym: dotrzeć pierwszy.
Różnice w przygotowaniach okazały się decydujące. Norweg rozbił bazę położoną bliżej celu i konsekwentnie postawił na psie zaprzęgi, które sprawdziły się znakomicie.
U Scotta zawiodła część sprzętu i zwierząt, więc ludzie na ostatnim etapie sami musieli ciągnąć ciężkie sanie. To, co dla jednych było jazdą, dla drugich stało się morderczym marszem.
Biegun i droga, z której nie było powrotu
Amundsen dotarł do bieguna południowego 14 grudnia 1911 roku. Grupa Scotta osiągnęła ten sam punkt 17 stycznia 1912 roku, ponad miesiąc później. Zamiast triumfu czekał tam na nią widok, którego Brytyjczycy obawiali się najbardziej: ślady norweskich sań i flaga zostawiona przez konkurenta.
Odwrót zamienił się w powolną tragedię. Najpierw zmarł Evans, potem Oates, a w końcu sam Scott i dwaj pozostali towarzysze. Śmierć dopadła ich niedaleko składu z zapasami, kilkanaście kilometrów od ratunku, którego nie zdołali osiągnąć.
Przy ciałach znaleziono dzienniki, notatki i próbki geologiczne, których nie porzucili nawet wtedy, gdy każdy dodatkowy kilogram mógł kosztować życie. Właśnie te zapiski sprawiły, że wyprawa Scotta zachowała ogromne znaczenie dokumentacyjne i naukowe.