Chłopiec, który wyszedł po zakupy
Roman Strzałkowski przyszedł na świat w 1943 roku w Warszawie, a chodził do jednej z poznańskich szkół podstawowych. W dniu, który miał przejść do historii jako Poznański Czerwiec, miał trzynaście lat.
Wyszedł z domu po prostu po sprawunki i już nigdy więcej do niego nie wrócił. Na ulicach trafił w sam środek wydarzeń, które tego dnia wymknęły się spod kontroli władzy.
Protest robotników Zakładów Cegielskiego szybko przerodził się w uliczne starcia. Tłum przelewał się przez miasto, a chłopiec wmieszał się w niego razem z kolegami. Docierał między innymi w okolice Targów i ulicy Kochanowskiego.
Tam padły strzały. Razem z rówieśnikami chłopiec próbował uciekać, ale w tym chaosie ślad po nim się urwał.
Krążyły o nim opowieści, które jeszcze za jego życia zaczęły zamieniać go w postać symboliczną. Część świadków twierdziła, że podczas pochodu przejął flagę z rąk rannej tramwajarki.
Inni mówili, że niósł hasło dotyczące nauczania religii w szkołach. Niezależnie od tego, co naprawdę robił na ulicach, jego śmierć nadała tym relacjom ciężar, którego nie miałyby, gdyby chodziło o dorosłego.
Lista, której nie chciano pokazać
Wojsko i milicja stłumiły poznański zryw brutalnie. Według ustaleń śledczych zginęło co najmniej 58 osób, a rannych było znacznie więcej.
Wśród zabitych znalazło się trzynaścioro ludzi poniżej osiemnastego roku życia. Romek był jedną z najmłodszych ofiar, a być może po prostu najmłodszą, którą zapamiętano z imienia i nazwiska.
Władza długo nie chciała przyznać, ilu ludzi naprawdę zginęło. Publiczną listę ofiar pokazano dopiero podczas obchodów dwudziestej piątej rocznicy wydarzeń, a i wtedy ją później korygowano.
W przypadku Strzałkowskiego posunięto się dalej. W prasie podano jego fałszywy wiek, żeby ukryć kompromitujący fakt śmierci trzynastolatka z ręki sił porządkowych.
Pogrzeb odbył się 2 lipca. Rodzice podjęli wówczas decyzję, która miała swoją wymowę. Pochowali syna na Junikowie, a nie na Cytadeli, gdzie spoczęła większość ofiar Czerwca.
Jego grób do dziś znajduje się na junikowskim cmentarzu, a chłopiec przez kolejne dekady pozostawał jednym z najważniejszych symboli poznańskiego protestu.
Pytania bez odpowiedzi
Najtrudniejsze okazało się ustalenie, jak właściwie zginął. Poznańskie śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej przez lata próbowało rozstrzygnąć, czy Romka zastrzelono celowo, czy zginął przypadkiem w chaosie tamtego dnia.
Śledczy sprawdzili wiele wersji, ale żadna nie pozwoliła na ostateczne wyjaśnienie.
Z czasem wyłoniły się dwie główne hipotezy. Według pierwszej chłopiec dostał kulę oddaną z budynku UB. Według drugiej zginął już wewnątrz, na terenie garaży albo dyspozytorni Urzędu Bezpieczeństwa.
Nowsze ustalenia za bardziej prawdopodobną uznały tę drugą wersję. Eksperci ocenili, że tor pocisku wskazywał na strzał oddany z niskiego poziomu, w miejscu, gdzie znajdował się Romek. To przesuwało ciężar podejrzeń do wnętrza budynku.
W centrum sprawy stanęła Teofila Kowal, związana z jednym z funkcjonariuszy bezpieki. Zatrzymano ją z pistoletem, ale nie wykonano badań, które mogłyby powiązać tę broń z postrzałem. Jej zeznania zmieniały się i kłóciły z opiniami biegłych.
Ojciec chłopca podejrzewał, że doszło do egzekucji, lecz brakowało dowodów, by takie podejrzenie potwierdzić. Postępowanie przeciw Kowal ostatecznie umorzono, a rodzina nie doczekała się jasnego wyjaśnienia, dlaczego.
Po Romku została koszula ze śladem po kuli. Stała się jednocześnie dowodem i relikwią. Dziś przechowuje się ją w zbiorach muzealnych w Licheniu, a czasem trafia jako depozyt do poznańskiego muzeum Czerwca 1956. Pytanie, kto i dlaczego strzelił do trzynastolatka, wciąż pozostaje bez ostatecznej odpowiedzi.