Człowiek, który nie umiał siedzieć w miejscu
McAuley należał do tej rzadkiej kategorii ludzi, dla których fotel po pracy jest karą. Wcześniej przepłynął kajakiem Cieśninę Bassa bez postoju, czego nikt wcześniej nie dokonał.
Poprowadził też ponad ośmiusetkilometrową wyprawę kajakową za kołem podbiegunowym, w lodowych wodach Antarktyki.
Australijskie środowisko podróżnicze doceniło go w 2005 roku, przyznając mu tytuł Adventurer of the Year. Nie był jednak typem celebryty. Bardziej obchodziły go mapy, prądy i prognozy.
Morze Tasmana chodziło mu po głowie od dawna. Tysiąc sześćset kilometrów otwartej wody między Tasmanią a wyspą południową Nowej Zelandii nikt wcześniej w pojedynkę kajakiem nie pokonał. Pierwsza próba skończyła się po jednej nocy, kiedy w kokpicie zrobiło się tak zimno, że zawrócił.
Kapsuła, która miała ocalić życie
Z porażki wyciągnął wnioski. Zaprojektował dziwaczną, sterczącą nad kokpitem kapsułę do spania, którą można było zasunąć na noc albo podczas sztormu. W środku dało się przeczekać największe fale, nie tonąc i nie marznąc.
Pomysł miał jednak słaby punkt. Kapsuła bowiem utrudniała dostęp do bagażu i sprzętu po ewentualnej wywrotce.
McAuley uznał, że ryzyko da się oswoić doświadczeniem. Ruszył z Tasmanii pod koniec stycznia 2007 roku. Chciał osiągnąć fiord Milford Sound na zachodnim wybrzeżu Nowej Zelandii. Trasa wiodła przez "czterdziestki", słynne pasmo wiatrów, które od stuleci spędza sen z powiek żeglarzom.
Trzydzieści dni walki z oceanem
Płynął ponad miesiąc. Sztorm uszkodził mu zapasowy telefon satelitarny i nadajnik pozycjonujący, co utrudniało kontakt z lądem. Mimo wszystko docierały od niego sygnały i krótkie wiadomości do rodziny, która szykowała się już do spotkania w Milford Sound.
Na sto dwadzieścia kilometrów przed celem nadał optymistyczną notkę z planowaną godziną przybicia do brzegu. Wszystko wskazywało na finał, jakiego się spodziewano. Bliscy pakowali aparaty, dziennikarze ustawiali się na nabrzeżu.
Wtedy z radia popłynął komunikat, którego początkowo nikt nie zrozumiał. Dopiero po dokładniejszej analizie nagrania wyłowiono z trzasków słowa sugerujące, że kajakarz tonie.
Służby poderwały się z opóźnieniem, bo zakłócony sygnał wymagał odsłuchu kilka razy.
Pusty kajak pod Milford Sound
Kajak znaleziono jakieś pięćdziesiąt sześć kilometrów od brzegu, przewrócony do góry dnem, ale niemal nietknięty. Sprzęt ratunkowy był sprawny. EPIRB, czyli nadajnik alarmowy uruchamiany w ostateczności, nigdy nie został włączony. Brakowało wyłącznie kapsuły osłaniającej kokpit, prawdopodobnie zerwanej przez falę.
Konstruktor łodzi i śledczy złożyli z tych elementów najbardziej prawdopodobny scenariusz. McAuley wywrócił się z odsłoniętym kokpitem i nie zdążył wrócić do środka. Próba ponownego wejścia do kajaka okazała się niemożliwa, ponieważ woda w tych szerokościach wychładza organizm błyskawicznie.
Druga hipoteza zakłada, że oddzielił się od łodzi, zanim zdążył naciągnąć suchy skafander i sięgnąć po nadajnik alarmowy. EPIRB traktował jak ostatnią deskę, więc najpierw próbował radia. Słowa z ostatniego komunikatu pasują do tej wersji.
Ciała nigdy nie odnaleziono. Rodzina została w Milford Sound, w fiordzie, do którego brakowało mu już tylko jednego dnia wiosłowania.
Wybór literatury:
-The Tragic Story Of Andrew McAuley, The Australian Adventurer Who Disappeared In The Tasman Sea [https://allthatsinteresting.com/andrew-mcauley]