Gustaw Sidorowicz. Człowiek, który porwał rakietę Hitlera spod nosa SS
W nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku na polanie pod Tarnowem wylądował aliancki samolot transportowy z bezcennym ładunkiem – niemiecką rakietą V-2 wykradzioną przez polskie podziemie. Ta spektakularna operacja nie udałaby się bez człowieka, który w czasie okupacji nosił pięć różnych nazwisk i którego przygody wystarczyłyby na kilka życiorysów. Major Gustaw Sidorowicz „Wróbel” był mistrzem konspiracyjnej logistyki, a jego historia rozpoczęła się od desperackiego skoku z płonącego myśliwca we wrześniu 1939 roku.
Droga do nieba przez wojskowe szkoły
Gustaw Sidorowicz przyszedł na świat 7 marca 1905 roku w Isajewiczach na Nowogródczyźnie, gdzie jego ojciec Leonard pracował jako leśnik. Już jako czternastolatek w 1919 roku próbował uciec z domu, by walczyć w szeregach odrodzonego Wojska Polskiego. Wtedy odmówiono mu z powodu wieku, ale determinacji mu nie brakowało.
Siedem lat później, w 1926 roku, młody Sidorowicz trafił wreszcie do munduru. Rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie ukończył roczny kurs. Jednak piechota to nie była jego droga – prawdziwe powołanie znalazł w chmurach. Dostał się do prestiżowej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Grudziądzu.
W 1929 roku podporucznik Sidorowicz rozpoczął służbę jako obserwator w Morskim Dywizjonie Lotniczym w Pucku. Nie poprzestał jednak na tym – w Szkole Orląt w Dęblinie przeszedł kurs pilotażu podstawowego, a następnie w Grudziądzu szkolenie z wyższego pilotażu. To była dopiero przepustka do kariery, która miała go zaprowadzić w sam środek najważniejszych operacji II wojny światowej.
Dowódca w czasach napięć
We wrześniu 1943 roku Sidorowicz został przeniesiony do 1. pułku lotniczego w Warszawie. Do 1937 roku pełnił funkcję młodszego oficera, a potem zastępcy dowódcy 114. eskadry. Jego kompetencje dostrzeżono szybko – w lutym 1938 roku powierzono mu dowództwo 111. eskadry, a miesiąc później otrzymał awans na kapitana pilota.
Pod jego dowództwem eskadra uczestniczyła w dwóch znaczących polityczno-militarnych epizodach przedwojennej Polski. W marcu 1938 roku brała udział w tak zwanym incydencie wileńskim, kiedy napięcia między Polską a Litwą osiągnęły punkt krytyczny. Jesienią tego samego roku eskadra Sidorowicza wspierała przyłączenie Zaolzia do Polski.
Sierpień 1939 roku przyniósł kapitanowi specjalne zadanie od majora pilota Zdzisława Krasnodębskiego, dowódcy III dywizjonu. Sidorowicz otrzymał odpowiedzialność za przygotowanie lotniska polowego dla Brygady Pościgowej przy Centrum Badań Balistycznych w Zielonce pod Warszawą. Lądowisko wyznaczono wzdłuż wsi Kobylak i zamaskowano tak skutecznie drzewami z okolicznych lasów, że niemiecka Luftwaffe nie wykryła go przez pierwsze pięć dni kampanii wrześniowej, mimo intensywnego ruchu lotniczego.
Płonący myśliwiec nad Gocławkiem
Pierwszy września 1939 roku okazał się dla kapitana Sidorowicza dniem triumfu i tragedii jednocześnie. Wykonał tego dnia trzy loty bojowe. W trzecim z nich, na wysokości czterech tysięcy metrów, wylatując zza chmury cumulusa, niemal wpakował się na ogon niemieckiego Messerschmitta Me-109.
Oddał trzy krótkie serie z karabinów maszynowych. Niemiecki myśliwiec zadymił i runął w dół. Radość ze zwycięstwa trwała jednak chwilę – moment nieuwagi kosztował go niemal życie. Trójka Me-109 zaatakowała osamotnionego polskiego pilota, którego towarzysze z klucza walczyli w tym czasie z innymi przeciwnikami.
Kilka pocisków trafiło w samolot Sidorowicza, który stanął w płomieniach. Udało mu się wylądować pod Gocławkiem i wydostać z kokpitu tuż przed eksplozją benzyny i amunicji. Ciężko poparzony pilot trafił do Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Jego rany były na tyle poważne, że nie zdołał opuścić szpitala przed kapitulacją stolicy.
Ucieczka i nowe życie w konspiracji
Po wkroczeniu Niemców do Warszawy nazwisko Sidorowicza znalazło się na liście oficerów przeznaczonych do wysłania do obozów jenieckich. Perspektywa spędzenia wojny za drutami nie odpowiadała temperamentowi przedwojennego dowódcy eskadry. W lutym 1940 roku, jeszcze przed pełnym wyzdrowieniem, udało mu się uciec ze szpitala.
Trzy miesiące później, w maju 1940 roku, kapitan Sidorowicz przystąpił do Związku Walki Zbrojnej. Przyjął pierwsze ze swoich konspiracyjnych nazwisk – Czesław Soroko. W ciągu następnych lat zmieni je jeszcze kilkakrotnie, ale pseudonim „Wróbel” okaże się na tyle szczęśliwy, że pozostanie przy nim do końca wojny.
Pierwsze zadanie w ZWZ było kluczowe dla odbudowy polskich sił powietrznych na Zachodzie. Sidorowicz odpowiadał za organizację przerzutu pozostałych w kraju pilotów przez granicę. Do końca 1940 roku dzięki jego staraniom około pięćdziesięciu lotników dotarło do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Każdy z nich wzmacniał polskie dywizjony RAF, które wkrótce miały odegrać istotną rolę w Bitwie o Anglię.
Wywiad lotniczy i przygotowania do inwazji na ZSRR
Po zakończeniu operacji przerzutowych Sidorowicz stanął na czele lotniczej komórki wywiadowczej. Otrzymał zadanie rozpoznania stanu i liczby lotnisk niemieckich w pasie od Krosna po Olsztyn – ogromnym obszarze obejmującym praktycznie całą okupowaną Polskę. Praca ta wymagała nie tylko odwagi, ale przede wszystkim metodyczności i umiejętności koordynacji sieci informatorów.
Latem 1941 roku zebrane przez jego ludzi informacje nabrały szczególnego znaczenia. Większość zinwentaryzowanych lotnisk posłużyła Luftwaffe jako bazy wypadowe do ataku na Związek Sowiecki w ramach operacji Barbarossa. Dane przekazane przez polską konspirację na Zachód pomogły aliantom zrozumieć skalę niemieckiego przygotowania do inwazji na wschód.
Ta praca wywiadowcza była żmudna i niebezpieczna. Każda wizyta w okolicach lotniska, każdy kontakt z informatorem, każde przekazanie meldunku groziło aresztowaniem i torturami. Sidorowicz poruszał się po okupowanym kraju pod fałszywymi nazwiskami, ciągle zmieniając miejsce pobytu i dokumenty.
„Motyl” i rakieta V-2
Najbardziej spektakularną operacją w karierze majora Sidorowicza była akcja „Most III” w lipcu 1944 roku. Odpowiadał za wyszukanie i przygotowanie lądowisk, na których alianckie samoloty mogły lądować w okupowanej Polsce. Lądowisko o kryptonimie „Motyl” pod Tarnowem musiało spełniać szereg wymagań – odpowiednią długość pasa, możliwość zamaskowania, dostępność i bezpieczeństwo.
W nocy z 25 na 26 lipca 1944 roku na to właśnie lądowisko wylądowała transportowa Dakota z 267. Dywizjonu RAF. Samolot przywiózł grupę kurierów Rządu RP na uchodźstwie. W drogę powrotną, oprócz polskich konspiratorów – w tym przyszłego premiera Tomasza Arciszewskiego i Józefa Retingera – zabrał bezcenny ładunek.
Była to zdobyta przez polskie podziemie rakieta V-2 wraz z kompletną dokumentacją techniczną. Niemcy używali tych rakiet do terroryzowania Londynu, a alianci rozpaczliwie szukali sposobu na ich powstrzymanie. Polski wywiad zdołał nie tylko zdobyć egzemplarz tej broni, ale także bezpiecznie przetransportować go do Wielkiej Brytanii. Za tę operację Sidorowicz został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy – najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym.