Londyn płonął, a on zakopywał ser. Co ratował Samuel Pepys?

Kiedy we wrześniu 1666 roku Londyn ogarnął wielki pożar, Samuel Pepys próbował ocalić nie tylko swój dom i urzędowe dokumenty, ale także zapasy wina i kosztowny parmezan. Część dobytku postanowił zakopać w ogrodzie, licząc, że w ten sposób przetrwa nadciągający ogień. Wszystko dokładnie opisał w dzienniku, dzięki któremu znamy dziś niezwykłe szczegóły jednej z największych katastrof w historii angielskiej stolicy.

Wielki pożar Londynu w 1666 roku na obrazie datowanym na 1675 rok, widziany od strony Tamizy.Wielki pożar Londynu w 1666 roku na obrazie datowanym na 1675 rok, widziany od strony Tamizy.
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Wielki pożar Londynu w 1666 roku

Samuel Pepys nie był zwykłym mieszkańcem Londynu. Pracował w administracji królewskiej marynarki wojennej, a od 1660 roku mieszkał przy Seething Lane, niedaleko Tower, w domu związanym z urzędem floty.

Po pracy prowadził szczegółowy dziennik, w którym obok wydarzeń politycznych i służbowych zapisywał również codzienne wydatki, spotkania, posiłki i rozmaite domowe sprawy.

Nad ranem 2 września 1666 roku służąca Jane obudziła domowników wiadomością o pożarze. Pepys wyjrzał przez okno, zobaczył płomienie, ale uznał, że ogień znajduje się wystarczająco daleko, by nie stanowił bezpośredniego zagrożenia. Uspokojony wrócił więc do łóżka i ponownie zasnął.

Wkrótce okazało się, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż początkowo przypuszczał. Pożar wybuchł w piekarni przy Pudding Lane, skąd błyskawicznie rozprzestrzeniał się na sąsiednie zabudowania. Londyn był pełen ciasno ustawionych domów, dlatego płomienie z łatwością obejmowały kolejne ulice.

Pepys postanowił sam sprawdzić, co dzieje się w mieście. Najpierw udał się do Tower, a następnie wypłynął łodzią na Tamizę, skąd obserwował uciekających mieszkańców. Ludzie w pośpiechu przenosili dobytek na łodzie, a niektórzy wrzucali przedmioty wprost do rzeki, próbując ratować cokolwiek przed nadciągającym ogniem.

Ratowanie dokumentów i kosztowności

Jeszcze 2 września Pepys dotarł do Whitehall, gdzie przedstawił Karolowi II skalę zagrożenia. Radził królowi, by nakazał burzenie domów na drodze pożaru, ponieważ powstałe w ten sposób przerwy w zabudowie mogły powstrzymać rozprzestrzenianie się płomieni. Sam również zaczął przygotowywać się na najgorsze.

Przede wszystkim należało zabezpieczyć rzeczy, których utrata byłaby szczególnie dotkliwa. Najcenniejszy dobytek, w tym prowadzony od lat dziennik, Pepys wysłał do Bethnal Green, natomiast część pozostałych przedmiotów przewieziono do Woolwich. Nie wszystko dało się jednak wywieźć z zagrożonej okolicy.

We wtorek 4 września ogień zbliżył się do zabudowań urzędu marynarki. Pepys wraz z sir Williamem Penem obserwował pożar przy Tower Street, gdzie mieszkańcy gorączkowo opróżniali domy. Na ulicach piętrzyły się wyrzucone naczynia, narzędzia i inne sprzęty, a brak ludzi do pomocy utrudniał sprawne przenoszenie dobytku.

Wtedy pojawił się pomysł, by część przedmiotów ukryć pod ziemią. Sir William Batten wykopał w ogrodzie dół przeznaczony na wino, do którego Pepys dołożył również urzędowe dokumenty.

Było to dość osobliwe rozwiązanie, ale w obliczu katastrofy mogło wydawać się rozsądniejsze niż pozostawienie wszystkiego na pastwę ognia.

Wieczorem Pepys i Pen przygotowali kolejny dół. Tym razem ukryli w nim swoje zapasy wina, a Pepys dołożył także parmezan i inne rzeczy, których nie chciał stracić.

W XVII wieku taki ser był kosztownym produktem, dlatego urzędnik uznał, że warto poświęcić trochę wysiłku na jego uratowanie.

Walka z pożarem

Zakopywanie zapasów nie oznaczało, że Pepys zapomniał o obowiązkach służbowych. Przeciwnie, przez cały czas starał się ratować urząd marynarki i zgromadzone w nim dokumenty.

Zabiegał o sprowadzenie robotników ze stoczni w Woolwich i Deptford, a także o zgodę na rozbiórkę pobliskich domów, które mogły ułatwić ogniowi dalsze rozprzestrzenianie się.

W walce z żywiołem stosowano coraz bardziej zdecydowane środki. Burzono zabudowania, a w niektórych miejscach wykorzystywano nawet proch, by wysadzać budynki i tworzyć przerwy na drodze płomieni. Pepys zapisał, że wybuchy początkowo przerażały mieszkańców, jednak przy Tower Street pomagały zatrzymać ogień.

Ostatecznie dom Pepysa przy Seething Lane ocalał, podobnie jak pobliski urząd marynarki. Urzędnik nie musiał więc sprawdzać, czy jego parmezan rzeczywiście przetrwałby pożar całej posesji.

Warto jednak pamiętać, że podczas gdy jedni mieszkańcy Londynu zabezpieczali kosztowności i zapasy, inni tracili cały swój majątek.

Dziennik Samuela Pepysa

Pepys prowadził dziennik w latach 1660–1669, pozostawiając niezwykle szczegółowy obraz życia w siedemnastowiecznej Anglii. Opis wielkiego pożaru należy do jego najcenniejszych fragmentów, ponieważ autor nie ograniczył się do relacjonowania wydarzeń publicznych. Równie uważnie opisywał to, co działo się w jego domu, ogrodzie i miejscu pracy.

Wśród zapisków znalazła się choćby wzmianka o wspólnej kolacji w niemal całkowicie opróżnionym urzędzie, w którym brakowało nawet zwykłego nakrycia stołu.

Pod datą 4 września Pepys zanotował również, że nie mógł wysłać listu do ojca, ponieważ spłonął urząd pocztowy. Takie drobiazgi pokazują, jak bardzo katastrofa zakłóciła codzienne funkcjonowanie miasta.

Dzięki jego dziennikowi wiemy zatem nie tylko, jak londyńczycy walczyli z ogniem, ale również co próbowali ocalić przed zniszczeniem. W przypadku Pepysa były to dokumenty, prywatne zapiski, wino i parmezan, który trafił do ogrodowego dołu. Historia tego ostatniego jest dziś jednym z najbardziej zaskakujących szczegółów zachowanych relacji z wielkiego pożaru Londynu.

Wybrane dla Ciebie