Oszust z Nowego Jorku udawał znajomego. Tak wyłudzał zegarki

Elegancki mężczyzna zatrzymywał przechodnia na nowojorskiej ulicy i zaczynał rozmowę, jakby spotkał dawnego znajomego. Po chwili prosił o wypożyczenie zegarka, obiecując oddać go następnego dnia. Ludzie, którzy mu uwierzyli, tracili kosztowny przedmiot. W 1849 roku prasa opisała tę metodę działania Williama Thompsona, a związane z nią określenie "confidence man" weszło na stałe do języka angielskiego.

Zegarek kieszonkowy. Zdjęcie poglądowe.Zegarek kieszonkowy. Zdjęcie poglądowe.
Źródło zdjęć: © www.pexels.com | Damir Mijailovic

Zegarek powierzony nieznajomemu

8 lipca 1849 roku "New York Herald" opublikował historię człowieka oszukującego przechodniów za pomocą niezwykle prostej sztuczki. Mężczyzna nie napadał na swoje ofiary ani nie wyjmował im zegarków z kieszeni. Przekonywał je, by same wręczyły mu wartościowy przedmiot.

Pomagał mu w tym elegancki wygląd i swobodny sposób prowadzenia rozmowy. Zatrzymywał wybraną osobę i zachowywał się tak, jakby oboje już się znali. Rozmówca mógł dojść do wniosku, że spotkał dawnego znajomego, którego po prostu nie potrafi sobie przypomnieć.

Po krótkiej wymianie uprzejmości padała prośba o pożyczenie zegarka do następnego dnia. Miał to być dowód wzajemnego zaufania. Osoba, która zdecydowała się spełnić życzenie, oddawała przedmiot dobrowolnie, nie wiedząc, że więcej go nie zobaczy.

Właśnie na tym polegała niezwykłość metody. Oszust nie musiał działać szybko ani skrycie, jak kieszonkowiec. Wykorzystywał potrzebę okazania uprzejmości i niechęć do przyznania przed obcym człowiekiem, że jego twarzy wcale się nie pamięta.

Wiadomość o zatrzymaniu

Gazeta opisywała sprawę w związku z aresztowaniem mężczyzny, którego podobne zachowanie było już znane policji. Do historii przeszedł pod nazwiskiem William Thompson.

Nie wszystkie szczegóły jego biografii udało się jednak wiarygodnie odtworzyć.

W dokumentach dotyczących jego działalności pojawiały się także inne nazwiska. Trudno zatem ustalić pełny przebieg życia człowieka, który zasłynął dzięki stosunkowo krótkiemu doniesieniu prasowemu.

Pewniejsze informacje dotyczą samej metody oszustwa i reakcji ówczesnych dziennikarzy.

Thompson nie był pierwszym przestępcą, który wykorzystywał cudzą łatwowierność. Ludzie od dawna tracili majątek, wierząc pozornie uczciwym rozmówcom. Nowojorska historia pomogła jednak rozpowszechnić określenie odnoszące się do takiego sposobu działania.

Angielskie "confidence" oznacza zaufanie. "Confidence man" był więc człowiekiem, który najpierw zdobywał zaufanie drugiej osoby, a później wykorzystywał je dla własnej korzyści. Z czasem wyrażenie zaczęło obejmować znacznie więcej rodzajów oszustw niż wyłudzanie zegarków.

Od ulicy do giełdy i literatury

Historia Thompsona zainteresowała nie tylko osoby śledzące kroniki kryminalne. James Gordon Bennett, redaktor "New York Herald", wykorzystywał określenie "confidence man" również do komentowania świata finansów. Dostrzegał podobieństwo między ulicznym oszustem a ludźmi zdobywającymi pieniądze dzięki obietnicom, których wiarygodności nikt dokładnie nie sprawdzał.

W tym porównaniu zegarek stawał się odpowiednikiem znacznie większych sum powierzanych pozornie uczciwym przedsiębiorcom. Mechanizm pozostawał podobny: najpierw należało przekonać drugą osobę, że może bez obaw zaufać rozmówcy. Dopiero później pojawiała się prośba o oddanie czegoś wartościowego.

Pojęcie zaczęło funkcjonować także poza dziennikarstwem. Herman Melville zatytułował swoją powieść "The Confidence-Man", przedstawiając wydarzenia rozgrywające się na parowcu płynącym po Missisipi. Kolejne spotkania bohaterów obracają się wokół zaufania, pozorów i trudności w rozpoznaniu cudzych zamiarów.

Książka nie jest opowieścią o życiu Williama Thompsona. Melville wykorzystał szerszy motyw oszusta, który potrafi manipulować zaufaniem innych ludzi. Powieść ukazała się 1 kwietnia 1857 roku, osiem lat po głośnym doniesieniu "New York Herald".

Wybrane dla Ciebie